Chociaż mamy za sobą tydzień bogaty w wydarzenia, to dziś będzie krótko i ostro. W Parlamencie Europejskim odbyła się debata, której echo do dziś błądzi po nizinach i wyżynach politycznych. Nie będę się koncentrował na tematyce tej debaty, bo przecież wszyscy doskonale wiedzą o co chodziło. Nie będę też zahaczał o Mumię Europejską i jakiekolwiek relacje na linii Warszawa-Bruksela. Jakie te relacje być powinny określa jasno Traktat Lizboński z 13 grudnia 2007 roku. I nie zamierzam komentować w żaden sposób zachowania tak zwanego Trybunału Konstytucyjnego, bo szkoda słów. Zwrócę uwagę na dwa tylko aspekty, które mają związek z tym wydarzeniem.

Wystąpienie Mateusza Morawieckiego na forum Parlamentu Europejskiego było jedną z ostatnich szans na ratowanie dobrego imienia Polski. I szansa ta została wykorzystana na pogrążenie reputacji naszego kraju, gdyż w pełni uwypukliła jedną z najohydniejszych polskich wad narodowych. Chodzi o warcholstwo i genialne zdolności rozpieprzania tego wszystkiego, co działa, o ile się przy tym nie majstruje. Każda wspólnota ma kilka cech wspólnych, a jedną z głównych zasad jej funkcjonowania jest współpraca na rzecz i dla dobra tej wspólnoty. Każda wspólnota ma też program działania, a skoro go ma, to ma też potrzebne do realizacji programu instytucje. Taka wspólnota ma też to do siebie, że są w niej podmioty silniejsze i słabsze. A skoro tak, to wewnątrz wspólnoty i poza nią z głosem silniejszego liczą się inaczej, niż z głosem słabszego. Co jednak najważniejsze, są reguły gry, których przestrzeganie obowiązuje wszystkich. Wspólnota to nie jest luksusowa restauracja, gdzie w menu można sobie wybierać i przebierać, a jeśli stwierdzimy, że to lub owo się nam nie podoba, to można strzelić focha i poprosić o coś innego. Nie jest tak z bardzo prostego powodu: do restauracji przychodzi klient, który ma prawo wybrzydzać ile mu się podoba, zaś do wspólnoty przystępuje partner, który w zamian za członkostwo we wspólnocie zobowiązuje się przestrzegać reguł gry tej wspólnoty.
 
Polski rząd zachowuje się nie jak rozwydrzony gówniarz, który powinien być potraktowany według schematu kolano-pasek-trzy szybkie na dupę i święty spokój. Rządzący Polską zachowują się jakby przeleżeli pod śniegiem dwa i pół wieku, obudzili się i zakrzyknęli liberum veto. Upili się jedynowładztwem na własnym podwórku i teraz wszyscy mają tańczyć tak, jak oni zagrają. Bo jak nie, to oni dalej będą warcholić i dalej będą paskudzić na wspólnym podwórku, bo to lub owo im się nie podoba. Warcholstwo w Polsce doprowadziło już w połowie XVIII wieku do kompletnej degrengolady wszelkie struktury państwa. A to w konsekwencji doprowadziło do upadku Polskę, która stała się łatwym łupem zaborców. I wzorem ówczesnych elit – magnaterii, szlachty i kleru – elity obecne stroją się w piórka wielkich bohaterów, liderów regionu, wzoru cnót wszelakich i niedoścignionego ideału wolności i swobód, takiego cudu na ziemi, że wszyscy wokół nie robią nic innego, tylko czyhają na nasz upadek i chcą nas uciemiężyć. Żałosna to bajka, w którą nadal wierzy spora część zahipnotyzowanego społeczeństwa.
 
Aspekt drugi jest nieco innej natury. Samo wystąpienie Morawieckiego w Brukseli. Niemal wszyscy mieli nadzieję, że będzie to wystąpienie, w którym da się usłyszeć jakikolwiek pojednawczy ton, zmierzający do podjęcia jakiejkolwiek mediacji. Słuchałem tej tyrady i miałem poczucie strasznego deja vù. Kilka lat temu miałem możliwość zapoznania się z archiwalnymi materiałami z pierwszego procesu norymberskiego. Tego samego, w którym sądzony był między innymi Hermann Göring. W tonie wielu z oskarżonych brzmiała bardzo specyficzna nuta. E. Kaltenbrunner, J. Streicher, W. Keitel, A. Jodl i jeszcze kilku innych, ale przede wszystkim H. Göring, prezentowali tę samą manierę. Göring tylko z pozoru odpowiadał na pytania obrońców i oskarżycieli, on nie zeznawał i nie składał wyjaśnień przed sędziami Trybunału – on przemawiał do niemieckiego narodu. I robił to w nadziei, że jakimś cudem ten naród pospieszy z pomocą jemu i pokonanej III Rzeszy.
 
Tak samo przemawiał w Brukseli Morawiecki. On nie zwracał się do Parlamentu Europejskiego. On konsekwentnie wypełniał swoje zadania, wyznaczone mu przez szefa. On przemawiał do tej części polskiego społeczeństwa, które – podobnie jak polskie elity – także co dopiero wybudziły się z dwu i półwiecznego snu. On przemawiał zgoła nie bacząc na to, że Traktat Lizboński został wynegocjowany przez J. Kaczyńskiego i podpisany przez L. Kaczyńskiego. Polskie władze, oszołomione magicznym liberum veto, depczą to wszystko, co kiedyś było dumą i chlubą ich samych. I robią to w imię zasady wypowiedzianej kiedyś przez J. Kaczyńskiego – „teraz, k…a, my”.
 
Tak. Polskie elity władzy stały się Hermannem Göringiem. Aż tak nisko trzeba upaść, żeby nadal trzymać się przy władzy?
 

 

O autorze:


Kamil Stupecki

Koordynator Braterstwa Polsko – Rosyjskiego okręg Anglia.                                                                              Publicysta, dziennikarz, podróżnik, miłośnik Rosji w tym Krymu.

 

 

 

Hits: 77

Podziel się ze znajomymi kontentem tej strony!
  • 36
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    36
    Shares