Kolejny kraj tryska szczęściem od błogosławieństw demokracji. Tej jedynie słusznej, bo najbardziej demokratycznej ze wszystkich demokracji całego wszechświata. Wielka radość tych demokratycznie udemokratycznionych jest tak bezmierna, że coraz częściej demokratyczne łapska machają demokratycznymi karabinami. A z tych demokratycznych karabinów demokratycznymi seriami sypią się demokratyczne kule, siejąc demokratyczny terror wśród siewców demokracji. Siewcy oczywiście też mają swoje karabiny, które są bardziej demokratyczne, niż karabiny demokratycznych nowicjuszy, jednak jedne i drugie karabiny grają demokratyczną kakofonię, gdyż są wymierzone przeciw sobie. Demokratycznie.

Rozmiłowany w demokratycznych wartościach Zachód z całych sił stara się palić głupa i rzecz jasna swoim starym zwyczajem zaczyna szukać winnych wszędzie, tylko nie u siebie w domu. W każdym kraju, który z obłudnym błogostanem deklaruje przywiązanie do demokracji i zachodnich wartości, Afganistan jest teraz odmieniany przez wszystkie możliwe deklinacje, koniugacje i cholera wie jeszcze co. Trwa nieustanne „parcie na szkło” różnej maści mędrechołków, zgrywających się starych pierdzieli oraz najróżniejszych ekspertów, którzy siedzą, brawędzą, odciski im się na dupach robią, ale akurat do tej złej gry nie da się dorobić żadnej dobrej miny. Afganistan i demokratyczne władze, talibowie i terror, ewakuacja za ewakuacją i bohaterowie spieprzania z wnętrza piekieł, które się samemu stworzyło. Otóż tere – fere – kuku, panie i panowie eksperci, specjaliści, profesorkowie oraz innej maści szemrani znawcy. Odpowiedź na cały ten bardak może być i jest tylko jedna. To bardzo stare i bardzo mądre przysłowie – kto wiatr sieje, ten burze zbiera. Sens tego przysłowia w tym konkretnym przypadku zamyka się w prawidłowej – czyli zgodnej z prawdą – odpowiedzi na jedno tylko pytanie: Kto, od kiedy i w jakim celu zaczął szkolić, zbroić, finansować i wyposażać afgańskich talibów? Znam precyzyjną odpowiedź, jednak nie czyni mnie to ekspertem. To oznacza tylko jedno – bujdy na resorach i głodne kawałki to sprzedawajcie takim kretynom, jak wy sami, bo ja nie zamieniłem swojej głowy na balonik.
 
Kolejna sprawa, która ukazuje prawdziwe oblicze Zachodu, rozgrywa się nie na zachodzie Europy, tylko na zadupiu Zachodu, czyli w Polsce i krajach nadbałtyckich. Władze Mumii Europejskiej niby popierają inicjatywy skundlonych popierdółek, ale jakoś tak rachitycznie i niemrawo. Robią to tak, żeby na wszelki wypadek można się było w przyszłości odciąć, gdyby kolejna kompromitacja zaglądała w oczy. Chodzi o tak zwany kryzys imigracyjny na granicach z Białorusią. Propagandowe szczekaczki wyją na całe gardło, że „reżim Łukaszenki chce wykorzystać kryzys migracyjny i w ten sposób zdestabilizować Europę poprzez napływ nielegalnych imigrantów”. Otóż tere – fere – kuku po raz pierwszy, bo więcej szkody (przynajmniej z wizerunkowego punktu widzenia) wyrządziłoby A. Łukaszence trąbienie na cały świat, że w Białorusi już jest tak fatalnie i katastrofalnie, że nawet biedni uchodźcy chcą stamtąd spieprzać. A tak – dupa kwas, bo w tym kabarecie trzeba już iść w zaparte do samego końca. I to bez spontanicznej pomocy propagandowej z Brukseli, Berlina lub Paryża. Tym razem Polska, Litwa, Łotwa i Estonia w zaparte muszą iść samotnie. A dzieje się tak dlatego, że rada starszych Mumii Europejskiej wie, ale nie powie, zatem prosto z mostu powiem ja. Tere – fere – kuku po raz drugi. Oskarżanie władz białoruskich o próby destabilizacji sytuacji w Europie za pomocą kryzysu migracyjnego brzmią tak niedorzecznie, że gdyby tu nie chodziło o dramat ludzi, to byłoby to śmieszne. Żeby pojąć prostotę kryzysu migracyjnego w Europie, wystarczy zadać sobie dwa pytania: z jakich krajów pochodzi około 97 procent nielegalnych imigrantów? oraz w jakich krajach w ostatnich 20-25 latach USA wprowadzało demokrację, zabezpieczając w ten sposób swoje żywotne (i demokratyczne ma się rozumieć) interesy? Chyba już wszystko jasne, ale żeby szpila kłuła w dupkę jeszcze boleśniej, to warto byłoby przypomnieć sobie podczas ilu z tych akcji wprowadzania demokracji, powiewała nad niedemokratycznymi trupami polska flaga. Powiewały również inne, ale co mnie to obchodzi – jako Polak czuję obrzydzenie z tego powodu, że polscy żołnierze zostali użyci w roli najemnych siepaczy, niczym kapo w hitlerowskich obozach koncentracyjnych.
 
Na zakończenie chcę ogłosić, że już w najbliższych dniach odbędzie się spęd impotentów. Nie wiem, być może ktoś z nich jest również impotentem seksualnym, ale spęd zgromadzi impotentów intelektualnych, politycznych i moralnych. Mowa o zbliżającej się inicjatywie pod superkretyńską nazwą Platforma Krymska. Odbędzie się ona w stolicy banderstanu, Kijowie i zgromadzeni będą brawędzić (aż im się odciski na dupach porobią) na temat tego, co należy zrobić, żeby Krym ponownie stał się częścią Ukrainy. Długo się zastanawiałem, jak na to zareagować, bo sytuacja jest na tyle paradoksalna, że tylko zostaje zacytować W. Gombrowicza: „Sytuacja nie ma osi, nie ma diagonali, nie można znaleźć komentarza do tej sytuacji”. Cały ten spęd przypomiać będzie lizanie cukierka przez szybę, bo przecież oprócz herszta banderstanu, W. Zeleńskiego, nikt w Krymie po 2014 roku nie był ani razu. W ogóle grubo wątpię, by ktokolwiek z zaproszonych impotentów był w Krymie kiedykolwiek.
 
 
Niemniej jednak będą konferować i popychać pierdoły w stylu srutu-tutu-pęczek-drutu. Odbędą się pełne patosu i propagandowego zadęcia przemowy, opracowywanie strategii i planów i w ogóle będzie pełno politycznego bełkotu, który jest kompletnie bez znaczenia, gdyż jest pozbawiony mocy sprawczej. Gościom tego kabaretu impotentów chcę powiedzieć coś takiego: tere – fere – kuku, strzelcie sobie z łuku. Żeby mieć choćby jako takie pojęcie o czym się będzie rozmawiać, trzeba się na tym znać. Przynajmniej w jako takim stopniu. Kilka miesięcy temu słyszałem rozmowę telefoniczną. Krymczanka, mieszkanka Simferopola, zadzwoniła do kijowskiej telewizji i na żywo poprzez Skype’a podsumowała dyskusję w studiu o naruszaniu praw człowieka w Krymie. Powiedziała wprost, że jest Ukrainką i wtedy, w 2014 roku, głosowała w referendum przeciw powrotowi Krymu do Rosji, jednak teraz głosowałaby za powrotem. Powiedziała wyraźnie, że Krym jeszcze nigdy, jak tylko sięga pamięcią, nie rozwijał się tak dynamicznie jak teraz, że nikt nikogo w niczym nie ogranicza, nie szykanuje, nie represjonuje, a tak przecież było przed 2014 rokiem, gdy Krym był częścią Ukrainy. Wszyscy zgromadzeni w kijowskim studiu siedzieli w absolutniej ciszy i nie było ani jednego odważnego, żeby powiedzieć choćby cokolwiek. Byłem w Krymie wielokrotnie i wiem, że Krymczanie są szczęśliwi ze swojego wyboru, dokonanego w marcu 2014 roku. Uczestnicy kijowskiego spędu impotentów też o tym wiedzą, tylko boją się tam pojechać, żeby zapytać Krymczan wprost. Boją się tego, że byliby przyjęci życzliwie i, co gorsza, usłyszeliby od samych Krymczan, że oni żadnego powrotu do banderstanu nie chcą, bo w Rosji żyje im się lepiej.
 
 
Nade wszystko jednak boją się tego, że sami sobie powinni powiedzieć tere – fere – kuku, bo żadna Platforma Krymska nie jest Krymczanom do niczego potrzebna. Ta platforma impotentów jest potrzebna tylko i wyłącznie im samym, jest potrzebna do tego, żeby poczuć się ważnym, by udawać, że podejmuje się jakieś ważne i potrzebne decyzje, żeby uczestnictwem w tym żałosnym teatrze cieni przysłonić swoją małość i niemoc.
 

 

O autorze:


Kamil Stupecki

Koordynator Braterstwa Polsko – Rosyjskiego okręg Anglia.                                                                              Publicysta, dziennikarz, podróżnik, miłośnik Rosji w tym Krymu.

 

 

 

Hits: 69

Podziel się ze znajomymi kontentem tej strony!
  • 29
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  • 3
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    32
    Shares