Nie o tym miało być tym razem, jednak rzeczywistość pędzi w szalonym tempie i sytuacja zmienia się z dnia na dzień. Tak też było w minionym tygodniu i doszło do znaczącej zmiany w relacjach międzynarodowych Rosji z Zachodem. Stało się tak po szeroko komentowanym na całym świecie orędziu Prezydenta Władimira Putina wygłoszonym 21 kwietnia. Z oczywistych powodów wystąpienie rosyjskiego lidera najgoręcej komentowano za oceanem i w Europie Zachodniej, gdyż zawierało ono bardzo ważne oświadczenie. Chodzi oczywiście o słowa, by w kontaktach z Rosją nie przekraczać „czerwonej linii”, o tym, że to właśnie Rosja zastrzega sobie prawo do interpretowania, gdzie ta linia będzie się znajdować w zależności od tego z kim będzie mieć do czynienia oraz ostrzeżenie, że niektórym przyjdzie „żałować, jak jeszcze nigdy nie żałowali”.

Z oczywistych powodów tak zwany cywilizowany świat podniósł skowyt wniebogłosy, że barbarzyńska Rosja stawia warunki i jeszcze ośmiela się grozić. Z drugiej strony tenże „cywilizowany” świat ledwo co przebąknął, gdy „cywilizowana demokracja” zza oceanu nazwała W. Putina mordercą i groziła rozprawą. Ale mniejsza o niuanse, gdyż chyba wszyscy inteligentni realnie ludzie widzą i wiedzą, że „cywilizacja” jest słowem, które nie pasuje do Zachodu, od Stanów Zjednoczonych poczynając do najmniejszych pipidówek i popłuczyn demokracji, Polski nie wyłączając. Co w praktyce oznacza stanowcze i twarde oświadczenie Prezydenta Rosyjskiej Federacji? Najkrócej można to ująć w trzech słowach – dostaniecie czego chcieliście.

Przez dwie dekady, od zakończenia niechlubnej prezydentury B. Jeclyna, „cywilizowany” Zachód ze Stanami Zjednoczonymi na czele nie może się otrząsnąć z szoku i niedowierzania. Nie może się pogodzić z faktem, że nie da się Rosji skolonizować, rozgrabić, rozwalić na kawałki, sprzedać za bezcen w ręce międzynarodowego kapitału i szemranych korporacji, nie da się upodlić rosyjskiego narodu i postawić buta na rosyjskim karku. Przewrotnie można powiedzieć, że powód do szyderstwa i pośmiewiska, jakim było pijaństwo B. Jelcyna, obrócił się przeciw samym szydercom i prześmiewcom. Najwidoczniej w jakimś niewyjaśnionym pijanym zwidzie Borys Nikołajewicz, zamiast białych myszek lub kontynuatora swojej niszczycielskiej działalności dostrzegł człowieka, który obrócił wniwecz jego plany oddania Rosji w poddaństwo Zachodu. Dostrzegł Władimira Putina, który od samego początku swej państwowej działalności był totalnym przeciwieństwem linii politycznej wyznaczonej i obranej na zniewolenie Rosji.

Przez dwie dekady Zachód robił wszystko, by „ucywilizować” Rosję na swój obraz i podobieństwo, przeobrazić na swój wizerunek, przeistoczyć w bezwolną kolonię, która notorycznie wymyka im się spod ręki. Tym razem, 21 kwietnia, ów Zachód otrzymał jasny przekaz – nic się wam spod ręki nie wymyka, gdyż nigdy niczego nie uchwyciliście. I nie uchwycicie, bo nikt wam niczego nie odda. W zamian za to dostaniecie to, na co zasługujecie. W ramach zapłaty pięknym za nadobne będziecie otrzymywać „po zasługach” i każdy dostanie to, na co do tej pory zapracował. Wywołało to oczywiście konsternację wśród samych zachodnich polityków oraz ich wiernych papug zainstalowanych w mediach. Na medialnych forach zawrzało od komentarzy i interpretacji, od domysłów i prognoz, gdy tymczasem nie ma tu czego komentować czy interpretować. Wystarczyło wcześniej, by na politycznej szachownicy grać uczciwie i z honorem, by do partii politycznego pokera nie wprowadzać dodatkowych, fałszywych lub znaczonych kart.

Nie dziwi mnie fakt, że najgwałtowniej zgrzali się i zapocili przedstawiciele politycznej drobnicy i gremialnie wykorzystywanych politycznych krzykaczy oraz awanturników. Ale nie tylko – siódme poty oblały na przykład tych przedstawicieli politycznego środowiska, którzy nadal uważają samych siebie za wielkich i możnych tego świata. Mam na myśli Wielką Brytanię, która starała się jak tylko mogła, by bezkarnie srać na rosyjskiej działce. Zimne poty oblały też co niektórych we Francji i Republice Federalnej Niemiec, gdzie chyba najlepiej znają realia konfliktu w Donbassie, a mimo wszystko kłamią w żywe oczy o „rosyjskiej agresji”. Lub choćby o kulisach zbrojnego zamachu stanu na Ukrainie, którą przy swojej własnej bezczynności oraz z cichym przyzwoleniem politycznych elit pozwolili przekształcić w neohitlerowski banderstan. W gacie nawalili też wszyscy uczestnicy prowokacyjnego zestrzelenia malezyjskiego Boeinga nad Donbassem. Na nagrodę Oskara nie powinni też liczyć ci, którzy wyreżyserowali spektakle ze Skripalami, Aloszą Analnym lub pisali scenariusz białoruskiego przewrotu lub niedawnego zamachu stanu w Mińsku.

Smród łajna w portkach unosi się też między Bugiem i Odrą. Może sie bowiem zdarzyć tak, że trzeba będzie rozliczyć się z każdego zniszczonego pomnika żołnierzy Armii Czerwonej, ze zrównanego z ziemią miejsca pochówku czerwonoarmistów w Trzciance, za serialowe kłamstwa w sprawie katastrofy smoleńskiej, za zbrodnie ludobójstwa jeńców wojny polsko-bolszewickiej i za wiele, wiele innych podłości. „Są w ojczyźnie rachunki krzywd”, tak w kwietniu 1939 roku pisał Władysław Broniewski. No właśnie – jest ich sporo i obca ręka ich też nie przekreśli. Przez te wszystkie lata po 1989 roku nowe i wobec Zachodu wiernopoddańcze władze nad Wisłą robiły wszystko, by niektóre krzywdy oraz rany rozdrapać a inne przypudrować. Z pomocą obcych rąk rządzący Polską przez ponad trzydzieści lat musztrowali społeczeństwo w sadystyczno-masochistycznym transie, suto zaprawionym nienawiścią do swych wyzwolicieli i lizusostwem do tych, którzy poza obłudą i fałszem nie zaoferowali nic.

Nie na żarty nawalili w majciochy najwierniejsi sojusznicy polskich elit w rusofobii uświęconej – banderowcy, neofaszyści i jawni neohitlerowcy kijowskiej junty. Przyjść może bowiem moment, gdy rosyjska dyplomacja ujawni wszystkie szczegóły i niejasności związane z morderstwami ludności cywilnej Donbassu, których dopuszczała się nie tylko banderowska armia, ale również oddziały ochotników, nie tylko z banderowskim paszportem. Jest w stolicy nad Dnieprem wiele sprawek, w których nie tylko kijowski reżim ma sporo „za uszami”, bo może się oberwać „cywilizowanym” politykom Zachodu, może się oberwać dygnitarzom Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, może się też zrobić gorąco do siódmych potów wielu wpływowym osobistościom zza oceanu. I nie tylko Atlantyckiego.

Strach po słowach rosyjskiego przywódcy padł na wielu. Ten strach spotęgowany jest jednak nie tym, co Władimir Putin powiedział, a tym, czego nie powiedział, tym co przemilczał, pozostawiając licznych polityków sam na sam z własnymi myślami. Z tego co widzę, to muszę przyznać, że kiepsko to widzę. To znaczy kiepsko widzę owe przemyślenia tego politycznego środowiska. Jedną z naczelnych wartości „cywilizowanego” Zachodu są bowiem fałsz, hipokryzja, dwulicowośc, nieumiejętność przyznania się do błędu i – co chyba najgorsze – pochód w zaparte. W mentalności Zachodu lepsza jest ideologia z gatunku „po nas choćby i potop”, niż otwarte postawienie sprawy, przyznanie się do błędu i chęć naprawienia tegoż błędu. Jest coś charakterystycznego w mentalności Zachodu, co czyni ten Zachód obmierzłym i niemiłym. To swoista synteza poczucia wyższości, próżności i fałszywego mniemania o swej nieomylności. Skąd się to wzięło, to już pytanie na odrębny materiał. Jest jednak pytanie, o którym wiem, że kieruję je w próżnię – czy warto jest spadać z konia aż tak wysokiego, że upadek będzie śmiertelnym?


 

O autorze:


Kamil Stupecki

Koordynator Braterstwa Polsko – Rosyjskiego okręg Anglia.                                                                              Publicysta, dziennikarz, podróżnik, miłośnik Rosji w tym Krymu.

 

 

 

Hits: 113

Podziel się ze znajomymi kontentem tej strony!
  • 107
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  • 3
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    110
    Shares