Wielu z nas pamięta chyba z lat szkolnych przerabianie wśród lektur mitologii greckiej lub rzymskiej. Było tajemniczo i ciekawie, o ile nauczyciel potrafił odpowiednio przekazać treść mitów. Wchodziliśmy w inny, nieznany świat sprzed wielu wieków i generalnie prawie wszystkim się podobało. Kilka ostatnich dni w wykonaniu polskich mediów zachwiało moim przekonaniem o tym, że owe mity mogą być interesujące. Niezwykle zajmująco brzmią polscy twórcy mitów. Szkoda tylko, a może dzięki Bogu, żaden z nich nie trafi do panteonu literatury wzorem twórców mitologii lub wielkich epopei – Homera lub Wergiliusza. Nasi rodzimi twórcy mitów trafią w najlżejszym przypadku na śmietnik historii, choć powinni trafić w miejsca odosobnienia.

W annałach banałów i kronikach pierdół po wsze czasy zapisze się saga, do której proponuję tytuł „Sen brzozy nielotnej” albo „Samolot z duchami”. Do takich przemyśleń skłoniło mnie bezpowrotne roztrwonienie dwóch godzin na obejrzenie gniota pt. „Smoleńsk” w reżyserii Antoniego Krauzego. Takiego steku bredni, niedorzeczności, niekonsekwencji, naginania faktów i upolityczniania historii nie widziałem w swoim życiu. Całkiem słusznie ten zlepek bania-luków został uznany za najgorszy film 2017 roku. Kompleksowy problem polega jednak nie na tym, że jest to filmowa anty-produkcja, a na tym, że usilnie narzuca się społeczeństwu tego gniota, jako coś opiniotwórczego. Zadawanie gwałtu na logice i zdrowym rozsądku może być sztuką oraz majstersztykiem filmowym, ale tylko pod warunkiem, że z założenia ma to być komedia lub film z gatunku pure nonsens albo fikcji naukowej. Szajsem pt. „Smoleńsk” karmi się jednak te grupy społeczeństwa, które są najbardziej podatne na manipulacje medialne czyli młodzież i osoby o – delikatnie mówiąc – nie-najwyższym poziomie inteligencji. A cała manipulacja zamyka się tu nie tyle w tym, że zmontowano fałszywy obraz katastrofy i jej przyczyn, a w tym, że jest to przekaz na kierunkowany na wytworzenie określonych reakcji. Pobudzania, rozwijania i podtrzymywania nienawiści do Rosji, wszystkiego co rosyjskie i wszystkich, którzy na temat tej katastrofy mają zdanie oparte na faktach, a nie na wymysłach i bredniach.

I nie chodzi również o jakieś teorie wybuchów, gdyż twórcom tych dyrdymałów już dawno mózgi powybuchały. Chodzi o to, że powielane przez lata bzdury wywołały zamierzony efekt. Trafiły do ludzi inteligentnych inaczej, zagnieździły się w ich pustych łbach, zaś właściciele tych pustych łbów gotowi są pójść na noże z każdym, kto ma odmienne zdanie. Trafiły na podatny grunt, który ma nazwę krótką, ale dosadną: to ślepy fanatyzm. Czyli wniosek jest jeden i możemy bez marginesu błędu powiedzieć, iż na ziemiach polskich odżyła nowa forma III Rzeszy Niemieckiej. Czy zatem ma ktoś jeszcze pytania, w jakim celu wydano drukiem „Mein Kampf” A. Hitlera?

Sprawa kolejna, to obchody zbrodni katyńskiej. 13 kwietnia eter państwowej gebelsówki telewizyjnej był przepełniony gębami rozmiłowanych w martyrologicznej hipokryzji różnych politycznych ważniaków, którzy już się nawet nie krępują i plotą brednie wprost do społeczeństwa. Pieprzenie, że zbrodnia katyńska nie była tylko zamordowaniem polskich oficerów, a była próbą wymordowania narodu polskiego jest typowym przykładem propagandy stosowanej przez J. Goebbelsa. W kwietniu 1940 roku w lesie katyńskim NKWD zamordowało około 22.000 polskich oficerów. Latem 1943 roku na Ziemi Wołyńskiej bandyci OUN/UPA dokonali rzezi ponad 100.000 polskich cywilów, maleńkich dzieci i kobiet w ciąży nie wyłączając. Dla naszych rządzących różnica jest w tych dwóch wydarzeniach zasadnicza. W pierwszym przypadku sprawcami byli funkcjonariusze NKWD, czyli wrogowie.

W drugim byli to siepacze OUN/UPA, czyli godni upamiętniania bohaterowie narodowi przyjacielskich władz banderstanu. Aspekt drugi tych obchodów to kolejny usłyszany przeze mnie, dobrze znany cytat, że nie ma przyszłości naród, który nie zna swojej przeszłości. I tu mamy kolejny przykład zakłamywania rzeczywistości i prawdy historycznej, gdyż ziemie polskie były wyzwolone spod hitlerowskiej okupacji przez sprzymierzone siły Armii Czerwonej i Wojska Polskiego, tylko o tym już nawet przestaje się uczyć w szkołach. Niszczy się i usuwa z przestrzeni publicznej pomniki, miejsca pamięci i pochówku żołnierzy radzieckich i polskich, a robi się to w imię ustawy dekomunizacyjnej. Tak to przynajmniej stara się tłumaczyć neogebelsowska propaganda polskich władz, które robią wszystko, by wiedza młodego pokolenia o przeszłości była niepełna lub zupełnie zafałszowana. Prawda o tworzeniu kolejnych bajek jest zgoła inna, gdyż dzisiejsze polskie elity nie mogą znieść i przeboleć faktu, że nie mają się czym pochwalić. Ich nowo kreowani „bohaterowie” nie walczyli z hitlerowskimi okupantami, tylko już po zakończeniu wojny mordowali wieśniaków i ich rodziny. Prawda jest też taka, że tym bandziorom dorabia się teraz martyrologiczne wizytówki tylko dlatego, że ponoć walczyli z nową, komunistyczną władzą. Sens tej prawdy zamyka się jednak w tym, że często mordowali oni bezbronnych cywilów i dokonywali czystek etniczno -religijnych. Taki był bowiem cel jednej z akcji na Podlasiu, podczas której wymordowano kilkaset osób tylko dlatego, że byli prawosławni i byli pochodzenia białoruskiego. Wyklętych wyłapano, aresztowano, skazano i stracono nie jako bojowników przeciwko nowej władzy ludowej, tylko jako pospolitych bandziorów i morderców. Czy teraz sprawa jest jasna, dlaczego w szkołach nie mówi się całej prawdy o wyklętych tylko kreuje się ich na bohaterów? To tacy sami bohaterowie, jakimi są w banderstanie Szuchewycz i Bandera. Ale jaka władza, tacy bohaterowie.

Trzeci aspekt mitologii polskiej będzie nie mniej bolesny do przyjęcia. W związku z masochistycznymi obchodami martyrologii katyńskiej, organizatorzy zapomnieli poinformować opinię publiczną ileż to razy martyrologiczni masochiści z obecnych władz osobiście odwiedzali lasek katyński. Już nie mówię o całym okresie polskiego zniewolenia lat 1989 – 2021, ale chociażby od roku 2010. Zapominalstwo było celowe, gdyż znów nie ma się czym chwalić. Polscy oficerowie zamordowani w Katyniu 1940 roku potrzebni byli i są obecnym polskim władzom tylko dla celów propagandowo-wyborczych, a także w celu nakarmienia swojej próżności przed kamerami i obiektywami. Takie polityczne parcie na szkło z fajnym widoczkiem w tle. Jednak na tym nie koniec, gdyż – jak szaleć, to szaleć! Odbyła się już druga edycja żenującego konkursu dla dzieci i młodzieży pod martyrologicznym i pełnym masochizmu tytułem „Polskie serce pękło – Katyń 1940”.

Wynika z tego dobitnie, że doświadczenia wychowawcze rodem z Hitler-jugend zostały 75 lat po wojnie odkurzone i przywrócone do życia. Ale zostawmy już w spokoju faszystowskie fascynacje naszych rządzących a skupmy się na czymś innym, choć nie mniej żenującym. Jak wiemy w lesie katyńskim funkcjonariusze NKWD zabili 22.000 polskich oficerów, ale żeby od razu od tego polskie serce pękało?… To kolejna próba mitologicznych zabiegów gebelsowskiej propagandówki z TVPiS i wszelakiej maści przydupasów karykatury wodza naczelnego. Ci oficerowie od kwietnia 1940 roku przeważnie nie żyją. Piszę przeważnie, gdyż w gniocie Antka Krauzego oni ożyli. Co prawda tylko w formie duchów, ale jednak ożyli. I przyszli zasalutować innemu duchowi. Dlaczego jednak Antoni Krauze nie wpadł na oczywisty pomysł i nie nagrał zapisu dźwiękowego z tego spotkania w zaświatach? Najprawdopodobniej dlatego, że owi oficerowie przyszli ze skargą.

Przyszli pożalić się i opowiedzieć, jak polskie serce pękało w każdym z nich na wieść, że ich wódz naczelny, Edward Rydz-Śmigły, dezerterował z pola walki, dezerterował z walczącej Polski, zostawiając na pastwę losu zarówno ojczyznę, jak i cały naród. Marszałek RP, wódz naczelny i najwyższy dostojnik wojskowy w państwie spieprzał z ojczyzny aż się gwizd w powietrzu unosił. I nie obchodził go los polskich oficerów, chorążych, podoficerów i szeregowych – obchodziło go za to własne bezpieczeństwo, z dala od wojennej zawieruchy.

W milionach polskich piersi pękały miliony polskich serc na wieść, że najwyżsi dygnitarze państwowi z prezydentem, premierem, wodzem naczelnym i wieloma innymi urzędnikami najwyższego szczebla na czele uciekło z Polski. Podszyte tchórzem kanalie zostawiały naród na łaskę i niełaskę okupantów, jednak efekt pękniętych serc tegoż narodu nie ma znaczenia dla obecnych wielbicieli sanacyjnej swołoczy. Nie ma i nie będzie miał, gdyż w opinii dzisiejszych polityków historycznych ta sanacyjna swołocz ma na swym koncie wielkie dokonania i zasługi na polu rusofobskiej nienawiści. Dla gebelsowskich ideologów z IPN oraz szczytów polskich władz w ponad tysiącletniej historii Polski nie ma większej patriotycznej zasługi, nie ma większego heroizmu nie ma bardziej wiekopomnych dokonań, niż bycie rusofobem. Kultywowanie tego mitu, wynoszenie go na ołtarze patriotyzmu i zaprawianie nienawiścią nie tylko będzie miało fatalne skutki, ale wcześniej lub później przyjdzie za to wszystko zapłacić. I jestem, niestety, pewny, że znów płacić będzie wyłącznie polski naród, gdyż kanalie polskich elit znów spieprzą z kraju.


 

O autorze:


Kamil Stupecki

Koordynator Braterstwa Polsko – Rosyjskiego okręg Anglia.                                                                              Publicysta, dziennikarz, podróżnik, miłośnik Rosji w tym Krymu.

 

 

 

 

 

Hits: 101

Podziel się ze znajomymi kontentem tej strony!
  • 59
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  • 1
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    60
    Shares