Wydawać by się mogło, że tytuł sam w sobie jest totalnym zaprzeczeniem. Nie ma prawdziwych horrorów, tak jak nie ma prawdziwych wilkołaków, zombie lub innych potworów znanych z filmów grozy. To tylko wytwór kinowej fabuły na potrzeby kasowych przebojów kina lub telewizji. Jak się jednak okazuje, w świecie polityki wszystko jest możliwe. Nawet rzeczywiste mumie ożywają i straszą Bogu ducha winnych ludzi. To znaczy, one są żywe lub półżywe, niczym filmowe zombie i w realnym świecie sieją postrach, jednak nie tym, co same mogą zrobić, a tym, co zrobić mogą ci, którzy tymi mumiami zdalnie sterują. Domyślacie się o jakiej mumii mowa?

Wielokrotnie już pisałem, że wbrew powszechnej opinii matecznik demokracji jest najbardziej skostniałym aparatem politycznym świata. Chociaż nazwiska zmieniają się, to od blisko stu lat na fotelu prezydenta USA zasiada ta sama osoba. Lub trafniej można by powiedzieć persona, gdyż razem z nazwiskami zmieniają się ludzie, a jednak Stanami Zjednoczonymi rządzi korporacyjny kapitał, który dla zachowania pozorów demokracji tylko zmienia figurantów. Tak zwanych prezydentów. Najbardziej chyba wszechmocnych niemocnych ludzi na świecie. Niby prezydent USA, a nic nie może zrobić samodzielnie (z wyjątkiem tego, co robi pod siebie). Wszystko ma podsunięte, wyszczególnione i nakazane przez tych, którzy uznali, że tym razem to akurat on będzie lepiej wypełniał polecenia kapitału. Był jeden taki, któremu zachciało się zrobić coś samodzielnie i… robi. Od 1962 roku samodzielnie leży w grobie z napisem John Kennedy na nagrobku.

Od tamtego listopadowego dnia już żaden wyrobnik na stanowisku prezydenta USA nie odważył się wykazać inicjatywą by zrobić coś samodzielnie. Tak sie też dzieje obecnie. Niemrawy z punktu widzenia kapitału Donek Trump (nie wywołał żadnej wojny) został wymieniony na bardziej sterowalnego, bo na wpół stoczonego demencją Joe Bidena. Byłem w stu procentach pewny, że po zmianie tak zwanego prezydenta dojdzie również do zmiany kursu politycznego, który obliczony był, jest i będzie na rozpętywanie wojen, sianie prowokacji, wiatru i zamętu oraz międzynarodowe intryganctwo. Pierwsze przykłady już mamy – to Donbas, gdzie od kilkunastu dni toczą się walki wzdłuż linii rozgraniczenia. Nie są to jeszcze walki, które pamiętamy sprzed kilku lat, gdy Biden był jeszcze wiceprezydentem, ale na taki rozlew krwi długo nie przyjdzie czekać. To tylko kwestia czasu. Na wody Morza Czarnego wpłynęły już dwa amerykańskie okręty wojenne, których zadaniem nie jest wcale zaznaczenie swojej obecności. Celem tej wyprawy jest sprowokowanie rosyjskiej Floty Czarnomorskiej do działania, które będzie przez kapitał sklasyfikowany, jako atak na USA i NATO. A to już może być wystarczającym pretekstem do sprowokowania konfliktu z Rosją. Rzecz jasna władcom tegoż kapitału nie chodzi o konflikt totalny, gdyż wszyscy wiedzą, nawet ci z dolarami zamiast mózgów, czym ten konflikt się zakończy. A zakończyć się może zagładą planety, gdyż arsenał nuklearny pozostający w dyspozycji Rosji i USA wystarczy do tego, by planeta Ziemia rozleciała się na drobne kawałki.

Oliwy do ognia dolał ostatnio obecny wszechmocny niemocny, Joe Biden. Jego wypowiedź, jego twierdzące przytaknięcie, że Władimir Putin jest zabójcą i że cały świat przekona się, jaką cenę W. Putin zapłaci za swoje zbrodnie, można byłoby potraktować jak popierdywania stetryczałego dziada, gdyby nie fakt, że cały ten wywiad był doskonale wyreżyserowany i odegrany. Po pierwsze: wywiadu z Prezydentem USA nie może zrobić byle kto. Dziennikarz musi być odpowiednio wyselekcjonowany, pouczony i musi podpisać zgodę, że ani na słowo nie odstąpi od uzgodnionego wcześniej scenariusza. Po drugie: zarówno pytania, jak i odpowiedzi są napisane przez odpowiednich urzędników i nie są to bynajmniej urzędnicy Białego Domu, administracji Prezydenta USA lub doradcę prasowego. Te pytania i odpowiedzi są ustalane przez rzeczywistych włodarzy USA, którzy uważają się jednocześnie za włodarzy całego świata. Po trzecie: taki wywiad jest nagrywany do skutku, aż będzie wyglądał jak nagrywany na żywo. Nie może być cięć, dłużyzn, zastanawiania się nad pytaniem i odpowiedzią, nie może być choćby cienia wątpliwości, że oto Prezydent udowadnia całemu światu, na czym polega demokracja. W rzeczy samej jednak taki wywiad jest ucieleśnieniem cytatu z Marka Aureliusza – „Wszystko co słyszymy, to opinia a nie fakt, wszystko co widzimy, to punkt widzenia, a nie prawda”.

Po skandalicznym wywiadzie, jaki ujrzeć można było w amerykańskiej telewizji bacznie obserwowałem reakcje, przede wszystkim na Kremlu i w Rosji, ale także w Polsce i Europie. Otóż media w Polsce zająknęły się coś niecoś o tej karygodnej hucpie, jednak bez komentarza, bez serwowania społeczeństwu czegokolwiek poza suchą informacją. Stało się tak dlatego, że psiutkom na amerykańskiej smyczy zabroniono odnosić się do czegokolwiek, co byłoby związane z tym wywiadem. I całe szczęście, bo reakcje na całym świecie – na Zachodzie Europy również – były najdelikatniej mówiąc bardzo negatywne. Nasze dupowłazy mogliby jeszcze dolać oliwy do ognia. Reakcje w Rosji były rzecz jasna pełne oburzenia. Za wyjątkiem tej jednej, najważniejszej: reakcji Władimira Putina. Prezydent Rosyjskiej Federacji zachował się nie tylko dyplomatycznie, ale przede wszystkim zachował się godnie i jak na męża stanu przystało. Nawet mu powieka nie drgnęła, gdy padło pytanie o wypowiedź J. Bidena. Odpowiedział z wielkim taktem i spokojem ale i z aluzją, trochę ironicznie, jednak najważniejsze to fakt, że swoim zaproszeniem do bezpośredniej rozmowy za pośrednictwem łącza internetowego zadał cios gorszy niż zrzucenie bomby atomowej na Waszyngton. Otóż Prezydent Putin nie tylko zaproponował taką rozmowę, ale przede wszystkim podał w wielką wątpliwość istotę amerykańskiej demokracji jako takiej, jej sens i prawdziwość istnienia.

Moje przypuszczenia potwierdziły się bardzo szybko, gdy tylko Joe Biden odpowiedział, że taka rozmowa może się odbyć, używając słów (cytuję): maybe, some time in the future – być może, kiedyś w przyszłości. Cytowałem już Marka Aureliusza, więc zakończę również w tym klimacie. W starożytnym Rzymie umawianie się w taki sposób określano mianem „ad calendas greacas”, czyli do greckich kalend, czyli po polsku mówiąc na świetle nigdy. Tej rozmowy nie będzie. I kropka. Bufon i pustak zniesie wszystko, ale nie publiczną kompromitację i rozwianie rozsiewanych przez niego mitów.

Kamil Stupecki,

Braterstwo Polsko-Rosyjskie

Hits: 154

Podziel się ze znajomymi kontentem tej strony!
  • 235
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  • 3
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    238
    Shares