Niedawne wydarzenia w USA i skutki polityczne tych wydarzeń wzbudziły wiele medialnego szumu. Ludziom, którzy patrzą na Stany Zjednoczone jak w obrazek z relikwiami demokracji, zjeżyły się włosy na głowie. Innym, którzy postrzegają zaoceaniczne mocarstwo jak diaboliczne kłębowisko żmij, mocniej z radości zabiło serce. Rację mieli jedynie ci pierwsi, jednak była to trwoga uzasadniona niejako z drugiej strony medalu. O tym, że USA nie są tym, za kogo się uważają (ostoja demokracji) wiadomo od dawna. Jednak samozwańczego miana amerykańscy chłopcy nie oddadzą tak łatwo i na pewno nie bez walki.

Prawda zawarta w tytule już niejednokrotnie znajdywała potwierdzenie w politycznych wydarzeniach na całym świecie. I tu właśnie upatruję źródło obaw, które zawisły ciemnymi chmurami nad polityczną areną. Reprezentanci wielkiego kapitału, posadzeni na stołkach prezydentów Stanów Zjednoczonych przez przedstawicieli tegoż kapitału, już nie raz, nie dwa udowadniali, że problemy – nawet te wewnętrzne – najwygodniej i najbezpieczniej jest wydelegować za granicę. A najcudowniej, gdy w sytuacjach wewnętrznego bagienka zacznie się wynajdywać naruszenia demokracji na zewnątrz. Lub zostaną naruszone strategiczne interesy USA albo chociażby zaistnieje możliwość wystąpienia takiego zagrożenia.

Póki co sytuacja po waszyngtońskich rozróbach wokół i w samym Kapitolu wzięta została pod kontrolę. Trudno jednak przewidzieć co się jeszcze wydarzy do i po 20 stycznia, na kiedy to przewidziana jest inauguracja prezydentury Joe Bidena. I nie chodzi tu wcale o jakieś rozpierduchy lub manifestacje podobne tym sprzed kilku dni. Chodzi o to, co w planach ma Joe Biden, którego najdelikatniej mówiąc nienawiść do Rosji jest więcej niż oczywista. Proszę sobie przypomnieć sytuację sprzed czterech lat, kiedy to wywołana została więcej niż komiczna histeria z „mieszaniem się Rosji w wybory prezydenckie”. Tak – to była najbardziej zabawna i kompromitująca „afera” jaka mogła napluć w twarz mocarstwowym zapędom Stanów Zjednoczonych. No bo jak to, najpotężniejsze na świecie supermocarstwo, najbardziej demokratyczna siedziba demokracji i w ogóle najcudowniejsze cudo świata z najpotężniejszą w świecie siecią wywiadu… nie jest w stanie zagwarantować bezpiecznych wyborów głowy państwa. Czyli albo ta potęga jest jedynie nadmuchanym balonem, albo ktoś się zapomniał i zaczął pluć pod silny wiatr. A przypomnę, że gdy Donaldowi Trumpowi prezydencka podłoga zaczęła usuwać się spod nóg, to tenże Donek oskarżył… Rosję o wmieszanie się w wybory 2020 roku. I przypomnę też, że ten sam Joe Biden, który cztery lata temu rozgłaszał na wszystkie strony świata o tym jak Rosja „pomogła” przegrać Hilary Clinton, to tenże sam, identycznie ten sam Joe Biden stwierdził, że amerykańskich wyborów prezydenckich nie można w żaden sposób sfałszować. Kabaret – i tyle w temacie. I to durny w dodatku.

Wróćmy jednak do tego, co może się wydarzyć po tym, jak demokratyczny demokrata zacznie swoją demokratyczną kadencję. Nikt chyba nie zapomniał buńczucznych wypowiedzi Joe Bidena, jeszcze z wyborczej kampanii, że gdy on zostanie prezydentem, to „tyran” z Kremla zostanie obalony. Pragnę podkreślić, że demokratyczny kandydat w swej demokratycznej zapowiedzi demokratycznie użył demokratycznego sformułowania o obaleniu legalnie wybranego prezydenta Rosyjskiej Federacji, W. Putina. Problem w tym, że – jak zaznaczyłem w tytule – duży może więcej. To znaczy nie podejrzewam marionetkowo-demokratycznego Josepha Bidena o wywołanie otwartej wojny z Rosją lub o próby zorganizowania zamachu stanu w Moskwie. Nie podejrzewam o to ani jego, ani jego szefów w ciepłych korporacyjnych gabinetach, ponieważ zarówno sam Biden jak i jego mocodawcy wiedzą czym to się skończy.

Nie podejrzewam też, aby Donald Trump nie skorzystał ze swojego prawa bycia nie-demokratą i nie kontynuował po republikańsku podkładać nogi demokratycznemu Bidenowi. Nie miałbym nic przeciwko temu, żeby ta cyrkowa saga trwała jak najdłużej, jest jednak jedno „ale”. I nie jest to bynajmniej małe „ale”. Znamy bowiem z historii przykłady, gdy w amerykańskim kociołku zaczyna się gotować, to kipieć zaczyna poza Stanami Zjednoczonymi. Znamy też przykłady z historii – i to nie tak odległej – że wielbiciele demokracji wcale lubią się oglądać na demokratyczne standardy i nie potrzebują nawet zgody ONZ na rozpętanie konfliktu. A to w imię obrony demokracji, a to w imię obrony interesów USA, a to w imię cholera wie jeszcze czego. Byle tylko wykipiało daleko od amerykańskich granic. Znamy też z historii naszej nadwiślańskiej krainy, że do swoich awantur USA chętnie zaprasza swych wasalnych służalców. Tak było chociażby w przypadku przyjęcia Polski do NATO – krótko przed rozpoczęciem inwazji na Jugosławię. Polska została wciągnięta do tego bandyckiego paktu po to, by przyjąć część odpowiedzialności za ten barbarzyński atak.

Spodziewam się zatem, że polskie tak zwane władze zechcą wykazać się gorliwością, by zapewnić swych nowych szefów o swej lojalności. I nie tylko polskie. Jest cała masa psiutków i kundelków, którym marzy się bycie pogłaskanym przez nowego pana, skoro tego poprzedniego pogoniono z hukiem. Kompromitacja polskich elit przy popieraniu Donalda Trumpa stała się przedmiotem pośmiewiska na arenie międzynarodowej, gdyż zaśmierdziało tu… próbami wpływania na decyzje amerykańskich wyborców. Czyli wtrącaniem się w wewnętrzne sprawy USA. Joe Biden nie zapomni im tego nigdy, ale może odłożyć w czasie swój rewanż, gdy się przekona, że jednak polskie skundlone środowisko „władzy” gotowe jest tańczyć w rytmie demokratycznego marsza. A to oznacza, że środowisko elit nad Wisłą zgodzi się pójść na każdą podłość, byle tylko nie wypaść z pierwszego szeregu oczekujących na pogłaskanie.

Kamil Stupecki,

Braterstwo Polsko-Rosyjskie

Hits: 44

Podziel się ze znajomymi kontentem tej strony!
  • 19
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  • 2
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    21
    Shares