Chociaż bardziej adekwatnie należałoby powiedzieć, że to nie kobyłka, tylko jakaś potworna szkapa, monstrualnych rozmiarów chabeta nie z tej ziemi. Albo jeszcze inaczej, chociaż o tym będzie gdzieś przy zakończeniu. O czym mowa? O decyzji polskiego ministerstwa kompromitacji zagranicznej o tym, że Polska nie uznaje Aleksandra Łukaszenki za prawowicie wybranego Prezydenta Białorusi.

Rzeczpospolita Polska, będąc krajem członkowskim Unii Europejskiej, ma rzecz jasna prawo do swojego stanowiska, jednakże w tej konkretnej sprawie po raz kolejny wyskoczyła przed szereg. A może po raz kolejny została przed ten szreg wypchnięta, gdyż „polityka” RP na kierunku wschodnim gwarantuje Unii Europejskiej powietrzną poduszkę bezpieczeństwa. Czyli tam, gdzie można się sparzyć, najlepiej jest wypchnąć przed szereg rusofobskich Polaczków, bo jeśli się dostanie, to w pierwszej kolejności im, a reszta już będzie wiedzieć czego unikać, żeby nie dostać po łapskach. Dlaczego tak właśnie uważam? Otóż zacytuję tu wypowiedź szefa unijnej dyplomacji, J. Borrella: „The 9 August Belarus Presidential elections were neither free nor fair. The EU does not recognise their falsified results. The so-called “inauguration” of 23 September 2020 and the new mandate claimed by Lukashenko lack any democratic legitimacy”. Czyli „Wybory prezydenckie 9 sierpnia w Białorusi nie były ani wolne, ani uczciwe. Unia Europejska nie uznaje wyników tych wyborów, które były sfałszowane. Tak zwana inauguracja z 23 września oraz urząd prezydencki objęty przez Łukaszenko pozbawione są jakiejkolwiek legitymacji demokratycznej.”

W dyplomacji, czyli sztuce kompletnie obcej dygnitarzom z Al. Szucha, jest niewyobrażalnie kolosalna różnica pomiędzy stwierdzeniem, że nie uznajemy wyników wyborów i nie uznajemy osoby wybranej. Najkrócej można to sprecyzować tak: w pierwszym przypadku osądowi podlega sam proces przeprowadzenia wyborów, zasadność przeprowadzenia inauguracji oraz legitymację prawną (lub demokratyczną) urzędu. I na tym koniec, kropka. Czyli nie podobało się nam to, jak wygrałeś te wybory, ale nie mamy innego wyjścia, jak tolerować cię. W drugim natomiast przypadku jest bezpośrednia ocena osoby obejmującej taki lub inny urząd. Czyli nie tylko nie podoba się nam to, jak wygrałeś te wybory, ale też nie podobasz się nam ty sam i nie chcemy mieć z tobą nic do czynienia. A teraz, dlaczego uważam, ze polskie osiołki zaakceptowały rolę bycia wypchniętym przed szereg. Otóż w swym komunikacie unijnej dyplomacji – oprócz różnej maści stwierdzeń o wszystkim i o niczym – jest jedno niezwykle ważne zdanie: „w świetle obecnej sytuacji Unia Europejska dokonuje przeglądu swoich stosunków z Białorusią”. Czyli żadnych pryncypialnych i nieprzemyślanych ruchów nie mamy zamiaru podejmować, dopóki nie dokonamy analizy sytuacji. Potrzebny był do tej analizy jakiś papierek lakmusowy i znalazł się dyżurny, czyli Polska, której już chyba nic nie jest w stanie skompromitować bardziej, niż to wygląda obecnie.

O tym, że polska dyplomacja/kompromitacja dokonała wiekopomnego dzieła nasrania w swoją kieszeń bez zdejmowania spodni, przekonaliśmy się już dwa dni po oświadczeniu, że Polska nie uznaje A. Łukaszenki za Prezydenta Białorusi. Zadęto bowiem oficjalnie choć w fałszywych tonacjach, że nie chcemy zrywać stosunków dyploamtycznych z Białorusią, my tylko nie uznajemy A. Łukaszenki za prezydenta. Stało się jednak jasne, że to nie tak prosto – nie uznawać i nie ponosić konsekwencji. Być może nie dla wszystkich od samego początku było to klarowne, jednak decyzja o nie uznaniu A. Łukaszenki za głowę państwa rodziła daleko idące konsekwencje polityczne. Inaczej mówiąc Polska wypowiedziała i zerwała stosunki dyplomatyczne między Warszawą i Mińskiem, i żadne wyjaśnienia tego nie zmienią. Przynajmniej dopóty, dopóki Warszawa nie przeprosi, a nie wygłasza uzupełnienia, że tych stosunków nie zamierza zrywać. To się stało! Przy otwartej kurtynie i oficjalnie szefostwo polskiego MSZ ogłosiło, że nie uznaje pana Łukaszenki za Prezydenta. W Republice Białoruś obowiązuje silny ustrój prezydencki i nic w tym państwie nie ma prawa się odbyć bez wiedzy i aprobaty prezydenta. Ambasadora białoruskiego w Polsce też (po konsultacji z białoruskim MSZ) desygnuje i aprobuje A. Łukaszenka. Czyli w świetle kompromitującej decyzji polskiego MSZ listy uwierzytelniające tegoż ambasadora nie mają żadnej wartości, ponieważ są sygnowane podpisem osoby nie uznawanej przez naszych osiołków. Idąc dalej, polskie MSZ powinno w trybie natychmiastowym bezterminowo odwołać polskiego ambasadora w Mińsku oraz objawić persona non grata ambasadora Białorusi i zażądać opuszczenia przez niego Polski. Idąc jeszcze dalej, ponieważ życie – w tym dyplomatyczne – nie znosi próżni, polski przezydent powinien w trybie nadzwyczajnym ogłosić, kogo oficjalnie uznaje za swojego partnera i prezydenta Białorusi, i poprosić go (lub w tym przypadku ją) o wyznaczenie przedstawiciela dyplomatycznego w Warszawie. Z ogłoszenia decyzji o nie uznawaniu A. Łukaszenki za prezydenta wynika jeszcze szereg innych reperkusji natury politycznej, jednak nie chodzi tu o wyliczanki, tylko o przedstawienie problemu. A problemem tym jest bez wątpienia cuchnące gówienko w kieszeni. I nie zmienią tych miazmatów żadne sprostowania, że nie chcemy zrywać stosunków dyplomatycznych z Białorusią – my tylko nie uznajemy pana Łukaszenki za prezydenta.

Wielu zapewne czytało znakomitą epopeję Homera pt. „Odyseja”. To właśnie z jej kart świat dowiedział się czym jest koń trojański. Był to zbudowny ponoć z drewna jodłowego wielki koń, we wnętrzu którego schowali się greccy wojownicy podczas zdobywania Troi. Wbrew przestrogom Kasandry a za namową Sinona, obrońcy Troi wciągnęli owego konia do miasta, gdzie pod osłoną nocy greccy wojownicy dokonali rzezi trojan i tym samym zdobyli miasto. Ale to, o czym piszę, to nie jest „Odyseja” – to czasy współczesne, choć koń trojański często i gęsto się w nich pojawiał. Takimi końmi trojańskimi byli na przykład w Polsce przedstawiciele tzw. demokratycznej opozycji. Pod przykrywką walki o demokrację wprowadzili nad Wisłę rządy rozpierduchy gospodarczej i ekonomicznej. Ale o tym też nie będzie tym razem. Rzecz tym razem jest o tym, że nie po raz pierwszy Zachód budował trojańskiego konia, nie po raz pierwszy przeciw Białorusi i nie po raz pierwszy koń wymknął się spod kontroli.

Jednymi z głównych budowniczych ostatniej wersji konia trojańskiego była strona polska, z której terytorium na teren Białorusi przerzucano pospolitych politycznych zadymiarzy, transferowano pieniądze dla chętnych zarobku na politycznych zadymach Białorusinów, udostępniano eter radiowy i telewizyjny dla opozycyjnych kanałów w Białorusi. Słowem – cała logistyka, wsparcie i koordynacja działań odbywała się z Polski. A wszystko to dla destabilizacji sytuacji w Białorusi, zamachu stanu na wzór ukraiński z 2014 roku nie wyłączając. Jak już zaznaczyłem, koń trojański zaczął żyć własnym życiem i po nieudanej akcji zwrócił się przeciw swoim twórcom. Stanął taki koń – wcale nie mizerna szkapa lub chabeta, o których pisałem na wstępie – stanął i z wysokości swojego zadu spuścił co nieco tuż pod nogi swych panów.

Nawiasem mówiąc, interesującym może się wydawać przyszłość, w której polska tak zwana dyplomacja zacznie zawracać Wisłę kijem, byle tylko odwrócić bezprecedensowy skandal na linii Warszawa-Mińsk. Osobiście muszę się przyznać, że ciekawi mnie, czy ludzie poważnie traktujący dyplomację nie nabawili się ze śmiechu przepukliny, gdy tylko dowiedzieli się, z jakim plackiem wyskoczyła warszawka. Poza tym, wystawienie polskich skrzydlatych osłów do wiatru spowodowało efekt kompletnie odwrotny do zamierzonego. Otóż A. Łukaszenka wcale się nie przestraszył widmem zerwania stosunków dyplomatycznych ani z Polską, ani z Zachodem i nie zdziwiłbym się, gdyby z Kremla do Mińska pospieszyła depesza mniej więcej takiej treści: jeśli Zachodowi tak spieszno do stawiania spraw na ostrzu noża, to scedujcie wszystkie kontakty dyplomatyczne z Zachodem z Mińska na Moskwę, a my im tak dosuniemy, że nie tylko zapomną jak ty się nazywasz, lub jak my się nazywamy, ale oni zapomną jak się sami nazywają.

Widocznie inaczej się nie da.

Kamil Stupecki,

Braterstwo Polsko-Rosyjskie

Hits: 66

Podziel się ze znajomymi kontentem tej strony!
  • 30
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    30
    Shares