Wydawać się może, że sytuacja w Białorusi została wzięta pod kontrolę. Otóż nic bardziej błędnego. A przypadek Nawalnego, to tylko preludium do tego, co może nastąpić. O tym co stało się na pokładzie samolotu z Tomska do Moskwy, następnie w klinice Omsku i już później po przetransportowaniu opozycjonera do Berlina nie ma sensu przypominać. Każdy, kto ma choćby jako takie pojęcie o bieżących wydarzeniach, zna szczegóły, których nie warto w kółko wałkować. Zanim przejdę do tego, co wielu uważa za asa w rękawie prezydentów Putina i Łukaszenki, czyli przechwycona rozmowa telefoniczna na linii Berlin-Warszawa, pozwolę sobie na niewielki wtręt, który pozornie nie ma żadnego związku z aktualnymi wydarzeniami.

Niecały miesiąc temu Zgromadzenie Ogólne Narodów Zjednoczonych oficjalnie przyznało, że mieszkańcy Półwyspu Krymskiego są obywatelami Rosyjskiej Federacji. Czyli w bardzo oględny i kurtuazyjny do granic możliwości sposób powiedziano to, co i tak jest dla wszystkich oczywiste: Krym jest częścią Rosyjskiej Federacji. Niedawno krymska deputowana do Dumy Państwowej, była Prokurator Republiki Krym, Natalia Pokłonskaja ogłosiła kolejny sukces i znowu w tle pojawia się ONZ. Otóż jej petycja w sprawie wodnej blokady Krymu przez kijowski reżim złożona do ogólnoświatowej organizacji została przyjęta i będzie rozpatrywana, jak potencjalna działalność terrorystyczna, zmierzająca do spowodowania katastrofy humanitarnej. Niby nic wielkiego, jednak jeśli ktoś ma rozeznanie w kwestii mentalności Zachodu, to zauważy, że mamy tu do czynienia z poważnym problemem. Wieloletnia saga z biciem piany o status Krymu i Sewastopola i połączone z tym sankcje już dawno stały się dla Zachodu porażką. Po niedawnych decyzjach ONZ stały się kataklizmem. Wszyscy politycy na Zachodzie wiedzą doskonale, że kwestia przynależności Krymu jest zamknięta, nie podlega i nie będzie podlegać jakimkolwiek dywagacjom. I nawet jeśli sankcje Zachodu doprowadzą ten Zachód na skraj przepaści, to oni pójdą w zaparte do samego końca. Ale nie na tym ten kataklizm polega.

I tutaj małe objaśnienie. Gdy w 2008 roku na świat zwalił się poważny kryzys ekonomiczny i finansowy, wielu miliarderów straciło nawet do 95% swoich majątków. Pamiętam (jeszcze z czasów gdy mieszkałem w Irlandii), że pewien irlandzki biznesman kompletnie bezsensownie inwestował swoje pieniądze w bankrutującą firmę, pomimo tego, że wszystkie wskaźniki ekonomiczne „krzyczały” – nie rób tego, to bezcelowe!!! Na swej karkołomnej misji ów inwestor stracił około 10 miliardów euro. I wtedy całe środowisko przyjęło to ze zrozumieniem, że strata spowodowana była przez krach finansowy, złą koniunkturę, że facet stracił fortunę wskutek nadmiernego ryzyka inwestycyjnego itd., itp. Inaczej mówiąc – facet stracił. Gdy jednak kilka miesięcy później ten sam inwestor przerżnął około 500 tysięcy euro w kasynie, to stało sie dla niego tak tragicznym wydarzeniem, że facet strzelił sobie w skroń. Inaczej mówiąc – facet przegrał. W czym różnica? W tym, że owe 10 miliardów euro, to była strata, natomiast owe 500 tysięcy, to była przegrana. Jeśli ktoś jeszcze nie rozumie o co chodzi, to wyjaśniam. Tu nie chodziło o stratę pieniędzy, tylko o stratę wizerunku i reputacji, czyli nie było dla niego ważne to ile był wart dla samego siebie, tylko jak oceniają go inni. Krótko mówiąc jedną z nadrzędnych wartości Zachodu jest blichtr i sława, nawet jeśli jest ona tandetna, jak odpustowe badziwie.

Teraz wracam na front białoruski. Dwa tygodnie temu na zakończenie mojej wersji genezy wydarzeń w Białorusi napisałem, że Zachodowi nie chodzi o Białoruś, bo tu nigdy o Białoruś nie chodziło – tu chodzi o zniszczenie Rosji. Wywołanie zamieszek i rozpierduchy na terytorium Białorusi nie przyniosło rezultatu. I widzę tu dwa powody, a oba są paradoksalne. Pierwszy – Zachód spróbował omamić Białorusinów blichtrem i tandetą, zaś w odpowiedzi jedną z naczelnych wartości zachodniego świata pokazał omamionemu społeczeństwu… A. Łukaszenka. Tak – pały spadające na grzbiety i brutalność służb porządkowych w wydaniu białoruskim, to jeszcze nic w porównaniu z tym, jak zachowuje się policja na Zachodzie. To, co pokazują telewizje, to normalna i kulturalna reakcja sił porządkowych. Trzeba widzieć tę policję wtedy, gdy nie ma kamer, korespondentów, prasy i mediów. Ja widziałem. W Londynie, w Birmingham, w Glasgow i nie tylko tam. Powód drugi, to niespodziewana pomoc, jaką A. Łukaszenka otrzymał… znad Wisły. Deklaracje polskich politycznych szczekaczek, że w razie czego, to Grodzieńszczyzna powinna wrócić do Polski, kompletnie zdemaskowało zachodnią ,,troskę’’ o losy Białorusi i Białorusinów.

A teraz przejdę do przechwyconych przez białoruskie służby specjalne rozmowy między Berlinem i Warszawą w kwestii Nawalnego. I od razu przyznam się, że najbardziej w tym wszystkim uderzyło mnie nie to, że jest tam mowa o tym, że nie doszło do żadnego otrucia jakiegoś pajaca. Uderzyło mnie to, że jest tam mowa o „toczącej się wojnie”, w której wszystkie środki są dozwolone. A mimo to w dalszym ciągu nie spieszę z tym, żeby ogłaszać, iż zachodni politycy zrzucili maski z twarzy. Po pierwsze – zapis rozmowy dopiero został przekazany do ekspertyzy, którą przeprowadzą specjaliści Federalnej Służby Bezpieczeństwa Rosji. Na wynik tej ekspertyzy trzeba troszkę poczekać. Poza tym, chcę nadmienić, że tego typu rozmowy, zgodnie ze wszystkimi zasadami bezpieczeństwa powinny być kodowane, czyli powinny pozostawać nieczytelne dla ewentualnych postronnych „słuchaczy”.

Załóżmy jednak, że rozmowa jest autentyczna. To znaczy, że dowodzi ona tego, o czym i tak wszyscy powszechnie wiedzą – zachodnia polityka to kłębowisko żmij i hipokryzji. To znaczy, że prowokacja goni prowokację i kolejnymi prowokacjami jest i będzie poganiana. Chcę tu przypomnieć, że największa do tej pory liczba tak zwanych zamachów na rosyjskich dysydentów miała miejsce w Wielkiej Brytanii, czyli tu, gdzie znajduje się najdoskonalsze w całym NATO laboratorium wojskowe, zajmujące się bronią chemiczną i radiologiczną. I co ciekawe, że uchodzące za jedne z najlepszych służb wywiadowczych na świecie służby brytyjskie nie potrafiły zapewnić bezpieczeństwa przyjętych pod swój dach uchodźców, też jest więcej, niż symptomatyczne. Teraz na deskach teatru mamy Berlin (o Warszawie jeszcze wspomnę), który jednocześnie toczy wojnę z zewnątrz i wewnątrz o dokończenie budowy drugiej nitki Północnego Potoku. W moim przekonaniu Berlin został wybrany nieprzypadkowo, gdyż postawa niemieckich polityków może być odbierana jak znana z Hollywood sztampa – dobry i zły gliniarz. Jest podejrzany i trzeba mu jednocześnie przyłożyć ale także pogłaskać. W hucpie o Nawalnego Berlin będzie pryncypialny i będzie popiardywał o naruszeniu przez Rosję praw człowieka, o demokracji i o międzynarodowych standardach. Ale w kwestii Północnego Potoku murem stanie po stronie Rosji.

A teraz sprawa inna – co, jeśli rozmowa nie jest autentyczna i jest typowym dla Zachodu wrzutem fałszywki? Wyjdzie na to, że A. Łukaszenka wyszedł przed szereg. To znaczy on już i tak przed ten szereg wyszedł, gdyż o takich sensacjach nie należy mówić publicznie, zanim nie zostaną one potwierdzone (w tym przypadku przez FSB Rosji). As w rękawie przestał być asem w rękawie a znalazł sie na stole i kto wie, może nawet stracić status asa. Przynajmniej dla Białorusi, gdyż jeśli jest to fałszywka, to może to być znakiem dla Zachodu, że tę wojnę można toczyć dzięki dezinformacji i wprowadzania w błąd. Niemniej jednak, zanim autentyczność rozmowy zostanie potwierdzona, skłaniam się do tezy, że jest to wpadka na linii Berlin-Warszawa, gdyż oba zainteresowane ośrodki jakoś nie kwapią się z gniewnymi i pryncypialnymi wyjaśnieniami w jedną lub drugą stronę.

I takim sposobem niemal kończę. Niemal, gdyż obiecałem wspomnieć o Warszawie. To znaczy nie o mieście Warszawa, tylko o kabarecie politycznym zlokalizowanym w stołecznym grodzie. Po pierwsze: przyjęcie (według oficjalnych danych) stu uchodźców z Białorusi odbieram nie jako mieszanie się w wewnętrzne sprawy naszych wschodnich sąsiadów, tylko jako etap przygotowań. I nie zdziwię się, jeśli kolejnych „otrutych” przez rosyjskich agentów będą ratować w Polsce. W końcu po wizerunkowej wpadce z dzieleniem skóry na niedźwiedziu (Grodzieńszczyzna dla Polski) nasze „polityczne tuzy” muszą się jakoś zrehabilitować. A wracając do przechwyconej rozmowy, to nie dziwi mnie, że jedną ze stron tego dialogu jest Polska. Nikczemność i podłość polskiej rusofobii przyjęła takie rozmiary, że spodziewać się można wszystkiego.

I jeszcze raz chcę podkreślić to, o czym już wspominałem. To już jest wojna i nie jest to wojna o swobody obywatelskie w Białorusi. To jest wojna obliczona na zniszczenie Rosji. Przestrzegać nikogo nie będę, bo jeśli ktoś nie wyciąga wniosków z historii, to zasługuje na wymarcie. Polecam za to uważnie przeczytać to, co na zdjęciu.

Kamil Stupecki,

Braterstwo Polsko-Rosyjskie

Hits: 56

Podziel się ze znajomymi kontentem tej strony!
  • 52
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    52
    Shares