O Powstaniu Warszawskim powiedziano już tyle, że chyba więcej się nie da. I w ogólnym zarysie w tym co powiedziano jest więcej mitologii niż realnej oceny. Wypowiadałem się niejednokrotnie w tym temacie i – prawdę mówiąc – nie powinienem już drążyć w tej krwawiącej ranie, jednak nie da się. Przy takim nagromadzeniu mitologicznej martyrologii z jednej strony i świadomego zakłamania z drugiej, jedyne co się w rzeczy samej dzieje, to nóż się w kieszeni otwiera.

Po pierwsze – już wcześniej wyrażałem swój hołd powstańcom za ich heroiczny bój. Jestem jednak absolutnie pewny (tak jak zawsze byłem), że gdyby powstańcy chociażby w minimalnym stopniu wiedzieli, jak do ich samobójczej walki odnosiła się londyńska sitwa politycznych bankrutów i degeneratów, to chwyciliby za swoje skromne uzbrojenie i przeprawili się czym prędzej na prawy brzeg Wisły. Nie ze strachu o swoje życie, tylko w przekonaniu, że jeśli już im przyjdzie umierać za ojczyznę, to chociaż w szeregach armii, która doceni ich poświęcenie. Prawda jest bowiem taka, że tak zwany Polski Rząd na Uchodźstwie w Londynie traktował powstańców nawet nie jak mięso armatnie, tylko jak brukową kostkę, na którą byle pies może nasrać, ale która jest konieczna do tego, by po uprzątnięciu nieczystości nie zbrukać sobie świecących pantofelków. Zbierali się bowiem, owi londyńscy dygnitarze na uchodźstwie coś niecoś świętować. I to nie w Polsce, z której w 1939 w popłochu uciekali przez Zaleszczyki, tylko w swoich wygodnych angielskich rezydencjach.

I wyobraźcie sobie, że po katastrofie powstańczego zrywu, te podłe szuje w rzeczy samej świętowały. Tak. Ta zgraja zdeprawowanych tchórzy świętowała danie sygnału Moskwie i Armii Czerwonej, że mimo wszystko są w stanie coś niecoś zdziałać. Nie ważne, że skutkiem tych działań była bezlitosna eksterminacja Warszawiaków, eksterminacja polskiej stolicy, eksterminacja polskiego ducha i eksterminacja polskiej tożsamości. Ważne było dla nich tylko to, że poderwali do powstania ludzi, co do losu których byli od samego początku pewni. Nie jest bowiem prawdą, że oni liczyli na pomoc powstańcom ze strony Anglii, USA lub jakiegokolwiek innego kraju. Wiedzieli, że tej pomocy nie będzie. Wiedzieli również coś innego. Zdawali sobie sprawę, że nadciągająca ze wschodu ofensywa najprawdopodobniej zatrzyma się na linii Wisły. Armia Czerwona i Wojsko Polskie idące od roku na zachód potrzebowały uzupełnić zaopatrzenie w broń, amunicję, stan osobowy, paliwo itd. Gdyby jednak udało się sprzymierzonym wojskom radzieckim i polskim zająć Warszawę z marszu, to zadaniem powstańców miała być walka z… radziecko – polskimi wojskami w celu powstrzymania „czerwonej zarazy”. Zatem w założeniu polskich politycznych bandziorów powstańcy powinni wziąć na siebie walkę z hitlerowcami z jednej strony oraz Armią Czerwoną i Wojskiem Polskim z drugiej. A wszystko to w imię ambicji, na realizację których odwagi nie wystarczyło we wrześniu 1939 oraz w imię patologicznych uprzedzeń i rusofobii. W tym kontekście komentarze niektórych polskich przepisywaczy historii, że Armia Czerwona i Wojsko Polskie bezczynnie przyglądały się, jak wykrwawia sie powstańcza Warszawa brzmią jak szydercza hipokryzja.

Po drugie – tchórzliwe kanalie w tak zwanym Polskim Rządzie na Uchodźctwie, to polityczne szumowiny, które nie wzdrygnęły się przed wysłaniem na pewną śmierć kwiatu polskiej młodzieży. Tak jak napisałem powyżej, oni wiedzieli doskonale jaki będzie koniec zbrojnego zrywu przeciwko hitlerowcom. Armia niemiecka była potężnie poobijana i osłabiona, znajdowała się w panicznym odwrocie, jednak w dalszym ciągu była to armia. Regularna, wyćwiczona, uzbrojona i co najgorsze z nożem na gardle. Dla Niemców była to nie tyle walka o zdławienie powstańców, ile walka o przetrwanie, walka o własne życie. I to dlatego Niemcy byli tak bezwzględni i okrutni w odniesieniu do powstańców. Każdy zabity powstaniec, to jeden mniej potencjalny zabójca ich samych.

Po katastrofie Powstania warszawskiego londyńskie wężowe plemię odtrąbiło… sukces polityczny. Nazwano to skutecznym sygnałem dla Moskwy, że Polacy, to naród niezłomny i gotowy pójść na pewną śmierć w imię wolności. Nikczemność takiego przedstawiania swoich działań potęguje fakt, że Moskwa doskonale wiedziała o zaletach Polaków na polach bitew, inaczej nigdy nie zgodziłaby się na utworzenie polskich jednostek na swoim froncie. Owszem, być może wcielano by Polaków do Armii Czerwonej, ale nie pozwolono by na sformowanie czegoś na kształt armii w armii. Odrębnej, posiadającej swoje dowództwo, swoje formacje i swoją wojskową tożsamość.

A teraz będzie o chyba najpodlejszej otoczce działań londyńskiego towarzystwa. Otóż jak już wspomniałem, Powstanie Warszawskie miało w swych założeniach storpedować ofensywę wojsk radzieckich i polskich. Nie stwierdzę i nie będę się durnie upierał przy tym, że każdy powinien lubić ZSRR. Nie było i nie ma przymusu – nikt nie musi darzyć szacunkiem armii, która kosztem wielkich ofiar powstrzymała pochód faszyzmu na wschód i przeszła do kontrofensywy. Która zaczęła bić i gnać hitlerowską zarazę tam skąd wyszła. Tę samą zarazę, która we wrześniu 1939 swą obłąkańczą misję nadludzi rozpoczęła atakiem właśnie na Polskę. Ale w imię pokonania wroga naczelnego, jakim w owym czasie była III Rzesza Niemiecka, należy zjednoczyć wszystkie możliwe siły i środki. I to właśnie polskie warcholstwo, zgrupowane w Londynie, postanowiło te siły i środki osłabić w imię swych chorych ambicji. Jest tylko jedno pytanie – dlaczego u początku tej wojny, dlaczego we wrześniu 1939 roku woleli Polskę porzucić i nie walczyć o te ambicje? Otóż dlatego, że strach o własne dupy był większy, niż te ambicje. Jednak kiedy nadarzyła sie okazja, to nikt nie zawahał się poświęcić tysiące na wpół bezbronnych młodych ludzi, byle tylko dać światu znać, że oni jednak tych ambicji nie porzucili. To jest moralne bagno, złożone ze zgniłych i śmierdzących pokładów ludzkiej mierzwy.

No dobra, było o Powstaniu Warszawskim, było o londyńskim upadku (patrz w tytule), a teraz będzie o „i…”. Niemalże w przededniu rocznicy wybuchu Powstania, w Legnicy zbezczeszczono pomnik marszałka Konstantego Rokossowskiego. Spotkało się to oczywiście z ostrą reakcją rosyjskiego MSZ, wypowiedział się w tej kwestii Ambasador Rosyjskiej Federacji w Polsce, oburzeniem zareagowała spora część polskiego społeczeństwa. Bodajże w styczniu pisałem o tym, że polskie władze państwowe i rządowe celowo i wybiórczo sterują takimi aktami. Podjęte później działania są działaniami wyłącznie na pokaz, gdyż policja ma za zadanie stworzyć pozory prowadzenia śledztwa, by później zamknąć takie śledztwo ze względu na nie wykrycie sprawców. Chociaż w tym przypadku powinno to być dziecinnie łatwe. Statua nie waży dwa-trzy kilogramy, nie zmieści się w kieszeni, nie da się jej zdemontować i przemieścić bez pomocy specjalistycznego sprzętu, do odpiłowania głowy też nie użyto piłki włosowej z przybornika małego majsterkowicza. Czy mam jeszcze coś dodawać?

Instytucjonalna rusofobia, sterowanie i podżeganie nienawiści, doktryna totalnej dyskredytacji Rosji, fałszowanie i przepisywanie historii oraz polityczne prowokacje to celowe i metodyczne działanie politycznych kanalii, które chlubią się tym, że są kontynuatorami ideologicznych i politycznych tradycji rządu RP na uchodźstwie w Londynie. Czy tutaj też trzeba cośkolwiek dodawać?

Kamil Stupecki

Braterstwo Polsko-Rosyjskie

P.S. Za tydzień coś niecoś z historii dawniejszej.

Hits: 58

Podziel się ze znajomymi kontentem tej strony!
  • 74
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    74
    Shares