Był taki uroczysty dzień – 22 Lipca. Nie lipca z małej litery a Lipca. Był to miesiąc w 1944 roku, gdy zaczęła się odradzać nasza Polska. Nie tylko rozpoczęło się wyzwalanie naszych ziem, ale przede wszystkim rozpoczął się proces odradzania się państwa polskiego. Manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, opublikowany 22 lipca, nie tylko kładł podwaliny dla odrodzenia się Polski, jako aparatu sprawowania władzy, ale w głównej mierze odradzaniu się Polski, jako kraju i narodu. Przede wszystkim narodu, którego przez stulecia gnębiła szlachta, magnateria, trójka zaborców, faszystowska sanacja i kasta (nie wiedzieć dlaczego i z jakich przyczyn) zwana duchowieństwem. I tak data 22 lipca stała się świętem 22 Lipca.

Manifest Lipcowy zakładał bowiem, że to właśnie naród bierze odpowiedzialność za swój kraj. Główne społeczno-ekonomiczne założenia dokumentu były bowiem takie, że przeprowadzona zostanie reforma rolna oraz nacjonalizacja przemysłu. O ile z reformą rolną nie było zbyt wielkich trudności, to z przemysłem sprawa była o wiele trudniejsza. I wcale nie dlatego, że były problemy instytucjonalne lub formalne, a dlatego, że głównym kłopotem był… brak tego przemysłu w dosłownym tego słowa znaczeniu. Po przejściu frontu z zachodu na wschód i z powrotem, ziemia polska była bogata gruzami, zgliszczami i zniszczeniami wojennymi. Głównym zadaniem dla nowej władzy – przypomnijmy raz jeszcze wszystkim złośliwcom – władzy ludowej, była zatem odbudowa tego przemysłu. W przytłaczającej większości była to odbudowa od fundamentów, gdyż po wojennej pożodze zostało tylko to, co w ziemi. Co było nad ziemią, było z nią zrównane.

Rozpoczęła się nowa era w polskiej gospodarce, polegająca przede wszystkim na odbudowie z ruin, ale także (już w kilka lat po wojnie) bodowa zupełnie nowych zakładów przemysłowych. Budowa od podstaw, zgodnie z planami rozwoju gospodarczego Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. I niech zaprzecza kto tylko chce, no nie da się zaprzeczyć, że bez wydatnej pomocy ZSRR ta odbudowa nie byłaby możliwa. I była to pomoc perspektywiczna i wielokierunkowa. Nie będę się tutaj rozpisywał o wszystkim, a skoncentruję się na jednym tylko przykładzie. W latach 1960-65 na mocy porozumień w ramach Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej, oraz umów między PRL, ZSRR, Czechosłowacją, Niemiecką Republiką Demokratyczną i Węgrami powstały Mazowieckie Zakłady Rafineryjne i Petrochemiczne w Płocku. I od razu powiem szczerze, że ten przykład wybrałem nieprzypadkowo. Był to bowiem gigant przemysłowy, który był jedną z chlub polskiej gospodarki i jednocześnie był solą w oku tych wszystkich, którym nowa Polska przeszkadzała. Petrochemia, lub jak ją w Płocku nazywano w skrócie „Mazowieckie”, była jednym z najnowocześniejszych tego typu zakładów w świecie. Już to, wystarczało, żeby się czepiać, ale głównym argumentem malkontentów było to, że ZSRR zgodnie z umową dostarcza nam ropę naftową, a bierze z powrotem benzynę, olej napędowy i inne produkty ropopochodne. I tak w rzeczy samej było, tylko, że ci wiecznie niezadowoleni i sprzeciwieni, nigdy nie zająknęli się w tym, że płocka inwestycja dała pracę wielu tysiącom ludzi w regionie (powiedzmy szczerze) troszeczkę zapóźnionym rolniczo i przemysłowo. Ale to nie były tylko i wyłącznie „Mazowieckie”. To była powstająca sieć nowych stacji benzynowych w całym kraju, to było powstanie jednej z największych kolejowych stacji przeładunkowych w Europie – Płock Trzepowo, to była konieczność budowy tysięcy nowych mieszkań dla pracowników, to była konieczność modernizacji infrastruktury komunalnej w całym regionie itd., itp. Typowa gospodarcza reakcja łańcuchowa, w której jedna duża inwestycja wyzwala konieczność inwestowania w liczne poboczne dziedziny.

A wracając do tego argumentu, że Polska odsyłała swoją produkcję do ZSRR, to chcę tu odkłamać informacje i powiedzieć, że Związek Radziecki otrzymywał zaledwie 25% płockiej produkcji. Reszta była dzielona na wymienione powyżej kraje uczestniczące w umowie, zostawała w Polsce oraz wysyłana na eksport (!!!). Tak – Polskie produkty z „Mazowieckich” były wysyłane na eksport do krajów zachodnich. To wszystko nie byłoby możliwe bez kompleksowej pomocy ze strony ZSRR. Czy to się komuś podoba, czy nie, jest to niezaprzeczalne i nie podlega jakiejkolwiek dyskusji. Związek Radziecki, sam wyniszczony i zrujnowany po okresie wojny, pomagał nam w odbudowie zniszczeń i budowie nowego potencjału ekonomiczno-gospodarczego.

To tylko jeden przykład, które można byłoby mnożyć jeszcze długo. Chcę jednak przejść do innego aspektu Manifestu Lipcowego. A jest nim szeroki aspekt społeczny. W pamiętnym dokumencie wpisana było bowiem współpraca ze Związkiem Radzieckim w sferze politycznej, gospodarczej i społecznej. Oznacza to zatem, że nad Wisłą zaczęła się nowa-stara epoka. Od lat bowiem Polacy znani byli w Europie, jako naród ceniący przyjaźń.

Znajdą się oczywiście tacy, którzy zawyją w podniosłe tony, że przyjaźni między Polakami i Rosjanami nigdy nie było, nie ma i nigdy nie będzie. Ale czy na pewno? I tu przytoczę przykład z życia codziennego, bez względu na to, kiedy ten dzień wypada – teraz, dziesięć, pięćdziesiąt, czy tysiąc lat temu. Popatrzmy na dzieci. Dzieciątka, jeszcze nie zmanierowane polityką i uprzedzeniami potrafią przezwyciężyć wszelkie bariery i wspaniale się ze sobą bawić. I nie ma dla nich znaczenia, czy mówią różnymi językami, czy pochodzą z różnych kultur, czy są z różnych krajów.

Pierwsze nieporozumienia i trudności związane z wzajemną komunikacją są oczywiście nieuniknione, jednak wszystko to odchodzi na plan dalszy, gdy tylko zabawa zaczyna się układać. I ta wspaniała idea przyjaźni narodów wpisana w dokument stała się podwaliną rzeczywistej przyjaźni, która rozwijała się z dzieciństwa. Kiedy tylko przezwyciężono najpoważniejsze trudności powojennego życia, wielką popularnością cieszyły się kontakty dzieci i młodzieży z Polski i ZSRR w ramach wymiany kolonijnej, wymiany harcerzy z pionierami oraz młodzieży i studentów. To było logiczną kontynuacją braterstwa broni żołnierzy Wojska Polskiego i Armii Czerwonej, braterstwa powstałego i utwierdzonego wspólną ofiarą krwi i życia w walce z faszyzmem i hitlerowskimi Niemcami.

Oczywiście zawsze byli i zawsze będą tacy, którzy będą coś niecoś bełkotać o tym, że to był przymus, że nie ma przyjaźni zinstytucjonalizowanej, że to wszystko, to była sztampa i nic więcej. Tylko ja mam tutaj dylemat, ponieważ wielu Polaków i Polek, którzy wyjechali na takie wymiany do ZSRR już tam zostali. Tam znaleźli swoje drugie połówki (żony, mężów), tam poukładali swoje życie i gdy Polsce została podarowana „wolność” za pieniądze CIA, to jakoś stamtąd nie wrócili. Dzieci z Polski, które uczestniczyły w wymianach kolonijnych z dziećmi radzieckimi, na zawsze miło i z sentymentem wspominają te kontakty. Ja na przykład podczas jednej z takich kolonii z wzajemnością zakochałem się w Katii z Rostowa nad Donem. Miłość dwojga dziesięciolatków… Podobnie było i w drugą stronę, wielu młodych Rosjan, którzy przyjechali do Polski już zostali w naszym kraju. W zdecydowanej większości nawiązane kontakty pozostały jedynie kontaktami koleżeńskimi i przyjacielskimi, ale były i są to kontakty, które wytrzymały próbę czasu i trwają do dziś. Tak jest na przykład w przypadku żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego i Armii Czerwonej, którzy spotkali się na różnych poligonach i ćwiczeniach w ramach służby wojskowej.

Dzisiaj nie ma już ani PRL, ani ZSRR, ale jest przyjaźń, bo są wspomnienia i wspólnie przeżyte chwile. Jest nowa rzeczywistość, w której jakieś zdegenerowane kanalie próbują nam odebrać radość z tych wspólnych przeżyć. Otóż chcę Wam powiedzieć, że te szemrane typki to moralne lamusy, które nigdy nie przeżyły takich pięknych chwil, które zawsze żyły w świecie ułudy i mrzonek. Nasza przeszłość była rzeczywista, bo była tworzona przez nas i dla nas. Nasza przeszłość była pełna rzeczywistej przyjaźni między Polakami i Rosjanami. W odróżnieniu od dzisiejszych realiów, gdy zamiast przyjaźni między narodami oferuje się Polakom sojusze i traktaty, za którymi nie stoi wzajemny szacunek, przyjaźń i wspólnota interesów społecznych. Otóż chcę tym lamusom powiedzieć, że to nie są ani sojusze, ani traktaty – to tylko kontrakty, które mogą i będą podlegać zmianom w zależności od tego, co komu pasuje. Żal tylko, że obecnie nikt Polaków o zdanie pytał nie będzie. Nawet tych na szczytach polskich władz. I tych właśnie lamusów (długo mnie korciło, żeby wtrącić tu słowo z poznańskiej gwary i właśnie to zrobię), tych penerów najbardziej wkurza to, że ta nasza przeszłość jest czymś, czego nie są nam w stanie odebrać. Powiem na przykład takiemu kurduplowi jednemu lub drugiemu: „dumny jestem ze swojej przeszłości w PRL, dumny jestem z przyjaźni z ZSRR i Rosjanami i co mi zrobisz, penerze jeden z drugim?”

Otóż oni nam nic nie są stanie zrobić. Jednak nie o to tu chodzi, bo nie chodzi o lamusów, penerów i innych łachmytów. I tu mam zasadnicze pytanie do wszystkich tych, którzy dumni są z tego, że żyli w PRL – co Wy, zadowoleni ze swojej przeszłości zamierzacie zrobić ze swoimi wspomnieniami? Będziecie je chować w sercu, czy może zechcecie się nimi podzielić? Może zaczniecie publicznie o tym mówić. I wcale nie dlatego, że to strasznie zacznie wkurzać reżimowe władze, tylko dlatego, że będzie to potwierdzeniem tego, iż Polska Rzeczpospolita Ludowa była krajem ludzi szczęśliwych.

Pozdrawiam serdecznie,

Kamil Stupecki

Braterstwo Polsko-Rosyjskie

Hits: 41

Podziel się ze znajomymi kontentem tej strony!
  • 53
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  • 2
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    55
    Shares