A w wielu przypadkach o wiele lepsze niż zagraniczne. Z takiego założenia już od wielu lat wychodzi spora grupa rosyjskich polityków, z prezydentem Putinem na czele. I to, co początkowo wydawało się biczem bożym, może w pewnym sensie stać się fundamentem do odbudowy starego trendu. Lub jak kto woli powrotu do korzeni, chociaż pierwsze kroki będą trudne dla wszystkich. O czym mowa? O rosyjskiej turystyce.

O tym jak epidemia odbiła się na turystyce nawet nie ma sensu nikomu objaśniać. Zapaść totalna, śmierć kliniczna, wymuszona śpiączka i co jeszcze się komuś na myśl napatoczy. Generalnie rzecz biorąc jest tragicznie, ponieważ dla turystów lato przypada dokładnie latem – w branży turystycznej lato trwa cały rok. Nawet jeśli sezon trwa tylko w miesiącach letnich, to późną jesienią, zimą i wczesną wiosną ludzie żyjący z turystyki inwestują zarobione latem pieniądze w kolejny sezon. W tym roku – z wiadomych przyczyn – ten sezon dopiero raczkuje, chociaż w ubiegłych latach czerwiec był jednym z najlepszych okresów branży turystycznej.

I tu z pomysłem na pomoc rosyjskiej turystyce przyszły władze federalne. Nie tylko lokalne władze administracyjne, ale najwyższe władze rządowe i państwowe włączyły się w akcję pomocy temu niezwykle ważnemu sektorowi rosyjskiej gospodarki. Dla nikogo bowiem nie było tajemnicą, że po jesienno-zimowo-wiosennych inwestycjach prywatni przedsiębiorcy związani z turystycznym biznesem byli pełni nadziei na kolejny sezon i kolejny zarobek, za to zostali prawie z pustymi kieszeniami. Z dnia na dzień niemalże tym ludziom usunęła się ziemia spod nóg, gdyż w pierwszej kolejności zamknięto wszelką działalność, która mogłaby wydatnie przyczynić się do rozprzestrzeniania się wirusowego paskudztwa. Czyli pod nóż kwarantanny poszedł sektor turystyczny.

Tam, gdzie przemysł hotelarski i sektor turystyczny ma głębokie wsparcie w szerokim biznesie, tam obaw nie było i nie ma. Były jednak podstawy by obawiać się, że małe, prywatne, rodzinne hotelarstwo może stać się jedną z najgorszych ofiar epidemii – śmierci nie fizycznej, a strukturalnej. Początkowo wsparcie bezpośrednie, czyli finansowe oferowane było na poziomie lokalnych ośrodków administracyjnych Rosyjskiej Federacji. Później pomoc przybrała formę wsparcia federalnego, czyli państwowego. Przyszedł jednak moment, gdy sytuacja epidemiologiczna się poprawiła i administracja państwowa postanowiła wypuścić sferę turystyczną spod federalnego klosza. Jak to zrobiono? Opowiem na przykładzie, który (z racji moich licznych kontaktów) jest mi znany najlepiej, czyli na przykładzie krymskim. A jest to miejsce, które w olbrzymiej większości utrzymuje się z przemysłu i działalności turystycznej.

Jeszcze sześć lat temu, gdy Półwysep Krymski strzepywał popioły ukraińskiej władzy, sfera turystyczna była w nie najlepszej kondycji. Brało się to stąd, że Krym – chociaż oficjalnie autonomiczny – był traktowany przez Kijów bardzo po macoszemu. Ponad 90% dochodów wypracowanych przez Krymczan trafiało do budżetu centralnego, a wracało nie więcej niż 3%. Dopiero po tym, gdy Krym ponownie stał się częścią Rosji, w ten rajski kawałek ziemi zaczęła wracać normalność. Pojawiły się inwestycje, preferencje dla przedsięwzięć lokalnych, subwencje federalne. Gdy byłem w Krymie latem ubiegłego roku, to widać już było efekty wielkiego trudu i pomysłowości krymskich władz. Oczywiście nie obyło się bez olbrzymiej pomocy na poziomie federalnym. Do sztandarowych inwestycji należą tu port lotniczy w Simferopolu, Krymski Most, ”trasa szybkiego ruchu „Tawrida” oraz coś, o czym mówi się niewiele, ale ma wielki wkład w rozwój tego regionu – utworzenie na Półwyspie Krymskim specjalnej strefy ekonomicznej.

W roku ubiegłym rozmawiałem z właścicielką hotelu, w którym zawsze się zatrzymuję i opowiadała mi, jak idą inwestycje w jej małej hotelarsko-turystycznej firmie, co planuje na kolejny rok, jak powoli ale z sukcesami wszystko rozwija się i idzie do przodu. W marcu tego roku otrzymałem od Anny e-mail, w którym napisała mi co się dzieje w Krymie, jak cały świat nagle runął jej na głowę. Po kilku dniach gdy zadzwoniłem, już opowiadała, że zorganizowana jest pomoc władz krymskich. Gdy rozmawialiśmy w ubiegłym miesiącu, była już pełna optymizmu, bo chociaż było trudno, to ani lokalne, ani federalne władze nie zostawiły ich wszystkich na lodzie. Teraz już wiem, że władze Kryma oraz władze państwowe Rosyjskiej Federacji postanowiły wdrożyć to, co już od kilku lat było przedmiotem planów – turystyka krajowa.

Po kolei. Dopóki sytuacja epidemiologiczna nie jest jeszcze w pełni jasna, postanowiono, że mieszkańcy Kryma mogą swoje urlopy spędzać Krymie po ulgowych cenach. To samo tyczy się kuracjuszy sanatoriów – zniżka. W ten sposób właściciele hotelików i sanatoriów prywatnych nie będą na wyłącznym garnuszku państwa. Nawet jeśli po ulgowych cenach, to będą zarabiać. To automatycznie spowoduje wzrost zapotrzebowania na wszystkie usługi związane z ruchem turystycznym: restauracje, kawiarnie, pamiątki, wycieczki turystyczno-krajoznawcze, stołówki, handel detaliczny i tak dalej. Sprawa kolejna, to wzrost zainteresowania Rosjan z kontynentalnej części kraju turystyką w Krymie. Póki co, wyjazdy w bardzo popularne wśród Rosjan ośrodki za granicą pozostają niemożliwe – wiadomo z jakich względów.

Zatem Krym stał się najpopularniejszym miejscem spędzenia urlopów i wakacji. Stało się tak między innymi dzięki niesamowitej kampanii informacyjno-reklamowej prowadzonej przez Ministerstwo Kurortów i Turystyki Republiki Krym. Stało się tak również dzięki ulgom i zniżkom oferowanym przez krymską sferę turystyczną. Jedna z moich koleżanek z rzeczonego Ministerstwa powiedziała mi w rozmowie telefonicznej, że jest to wielka szansa dla Krymu:- „Kamil, my chcemy ponownie „wygrać serca Rosjan” i chcemy im pokazać, iż wypoczynek w Krymie wcale nie jest gorszy od tego za granicą.” – powiedziała mi przez telefon Julia. Dzięki prowadzonej kampanii reklamowej już w tej chwili zaobserwowano spory wzrost zamówień na miejsca hotelowe, na przeloty, na zorganizowane wycieczki i na turnusy sanatoryjne.

To, o czym napisałem powyżej, jest efektem tego, jak władze Rosyjskiej Federacji postanowiły nie tylko zaopiekować się sektorem turystyczno-hotelarskim, ale jeszcze raz zaoferować Rosjanom to, co rosyjskie. I jest to przykład (tak jak zaznaczyłem) miejsca, które znam już od wielu lat, gdzie mam wielu przyjaciół i skąd mam bezpośrednie wiadomości „ze źródeł”, zarówno prywatnych przedsiębiorców, jak i osób urzędowych. Skądinąd wiem, że identyczna sytuacja jest w innych regionach Rosji, przede wszystkim w Kraju Krasnodarskim z jedną z perełek Morz Czarnego – Soczi. Ale nie tylko. Tak jest również w Kraju Ałtajskim, na Uralu, w Karelii lub wokół bajecznie pięknego Jeziora Bajkał i wielu innych regionach. A wiem to nie z poczty pantoflowej, tylko od wspomnianej koleżanki z Ministerstwa, gdyż ona bierze aktywny udział w pracach nad odbudową sektora turystycznego. A że te prace, póki co, odbywają się w trybie wideokonferencji, to wszyscy wiedzą o wszystkim.

A teraz pozwólcie na małą osobistą dygresję. Chyba wszyscy wiedzą, jak bliski mojemu sercu jest Krym. Z jednej strony jestem bardzo szczęśliwy, że wszystko powoli wraca tam do normy i do stanu sprzed epidemii. Ale z drugiej strony wkurza mnie to, że jak na razie granice są zamknięte i nie mogę tam pojechać i cieszyć się razem z moimi przyjaciółmi. Nie mogę tam pojechać, żeby najzwyczajniej w świecie odpocząć i pobyć w miejscu, które pokochałem. Póki co – nie mogę, ale nic nie trwa wiecznie. Nie jestem Terminatorem, ale powtórzę to, co mówiłem nie raz: „ja jeszcze wrócę”.

Pozdrawiam,

Kamil Stupecki

Braterstwo Polsko-Rosyjskie

P.S. Na zdjęciach: 1. Krymski kurort Ałuszta; 2. Ja Was naprawdę pozdrawiam – znad Morza Czarnego.

Hits: 53

Podziel się ze znajomymi kontentem tej strony!
  • 49
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  • 1
  •  
  •  
  • 2
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    52
    Shares