Nie chciałem więcej zajmować się tym tematem, bo przecież jaki w tym sens. Nie chciałem rozdrabniać się. Już nigdy nie rozdrabniać się przy pomocy katastrofy smoleńskiej. Tak – katastrofy i niczego więcej, poza tragedią ludzi, którzy w godności i ciszy cierpieli i nadal cierpią po stracie bliskich. Nie chciałem wracać do tej katastrofy, jednak nie da się. Tym bardziej w obliczu obecnych wydarzeń w sferze, która nie wiedzieć dlaczego nazywa się polską polityką.

Prawda jest taka, że owa katastrofa przeobraziła się w zamach. I wcale nie dlatego, że chciałaby tego jakaś grupka pieczeniarzy pod przewodnictwem niezrównoważonego psychicznie Antka. Ona przeszła pełną transformację od tragicznego wydarzenia do pełzającego zamachu stanu.

A zaczęło się już w miesiąc po katastrofie, od pierwszych tak zwanych miesięcznic. To nie były manifestacje lub uroczystości poświęcone pamięci tragicznie zmarłych pasażerów tego samolotu. Niemal bezpośrednio po tym, jak prezydencki Tupolew rozbił się w lesie pod Smoleńskiem,​ Kaczyński postanowił, że taka gratka nie może mu przejść koło nosa. Takim sposobem owe zbiegowiska stały się zalążkiem polityki nienawiści. Do wszystkich „nie po myśli i nie po idei” moralnego karła, który nie może sam sobie wybaczyć tego, co w rzeczy samej z własnej woli nawyprawiał.

Przy użyciu najprostszych narzędzi socjotechniki najpierw zaczął urabiać sobie polityczne przedpole i stanął do wyborów prezydenckich w miejsce brata, którego przecież nie musiał składać na ołtarzu swoich politycznie chorych ambicji. On wiedział doskonale, że w tych wyborach nie wygra. I nawet nie zamierzał wygrać. To był z jego strony polityczny sondaż – co i jak należy zrobić, żeby przejąć władzę w kraju. Zdawał sobie sprawę, że ani on, ani jego brat nigdy nie byli dobrymi politykami. Tu muszę powiedzieć absolutnie szczerze i bez cienia sarkazmu, że byli oni – tak Lech, jak i Jarosław – znakomitymi aktorami drugiego planu. Problem w tym, że Jarosław nie chciał być na drugim planie, nie znosił nawet myśli o tym, że ktoś może być ważniejszy od niego.

To dlatego pięć lat wcześniej desygnował do prezydenckiej batalii swojego brata. Tak, moi drodzy, wiem, że to brzmi jak niedorzeczność, jak paradoks, jak coś nie z tej planety, bo skoro „zbawca narodu” jest opętany obsesją władzy, to dlaczego nie kandydował sam… Już w latach prezydentury A. Kwaśniewskiego „zbawiciel” wymarzył sobie dla siebie miejsce w historii, jako naczelnik państwa. Jako ktoś, kto trzęsie parlamentem, premierem, ministrami i dyryguje prezydentem. Dla niego być prezydentem, to tylko być osobą pełniącą funkcję – nic więcej. On chciał być nie tylko wszystkimi na raz i skupiać wszystko w swoich rękach – on chciał się stać uosobieniem Polski.

To tyle w kwestii bardzo skróconej wersji profilu psychologicznego naczelnego psychopaty RP. Teraz przedstawię swoją wersję zamachu smoleńskiego.

W początkowej fazie zawłaszczania państwa Kaczyński preferował model autokratyczny, czyli próbował zjednoczyć wszystkich wokół siebie. Jednakowoż potwierdziło się to, że światła reflektorów nieczęsto padają na drugi plan. Efektem tego była porażka w wyborach parlamentarnych 2011 roku, gdy jego idea dostała prztyczka w nos i przy władzy ostała się inna kamaryla – ta spod znaku Platformy Obywatelskiej. I tu przyszła na kolejną transformację idei. Kaczyński zaczął skupiać swoje miernoty polityczne* wokół przewodniej myśli o wspólnym wrogu. A wspólnym wrogiem dla niego stały się inne ugrupowania polityczne i – a jakże inaczej – Rosja.

Zacznę od rywali na politycznej arenie. W typowo histerycznym charakterze swej działalności o zabarwieniu faszystowskim wykreować należało nie tylko konkretne osoby, ale także profil wspólnego wroga. Przypomnijcie sobie moi drodzy, czy to nie wtedy właśnie na scenie pojawili się mityczni „lewacy”. Nie ludzie o poglądach lewicowych, tylko „lewacy”. To niezwykle sprytny manewr socjotechniczny, gdyż lewakowi można przypisać wszystko. Takim na przykład liberałom, socjalistom, lewicowcom lub zwolennikom proeuropejskości można wytykać to lub owo, ale mimo wszystko trzeba być precyzyjnym w tych ocenach. Lewakom można przypiąć dowolne łatki i nie martwić się o to, że wątek gdzieś się zatraci. Lewak – to uosobienie zła. I koniec. Kropka. Lewaka trzeba tępić, nienawidzić, usuwać z przestrzeni publicznej i traktować z całą surowością. To nic, że nie ma definicji, ważne że jest lewak, jako taki. Innym przejawem wspólnych wrogów były już konkretne osoby. I nie musiały to być koniecznie osoby ze świata polityki, gdyż osnową idei Kaczyńskiego była katastrofa smoleńska. I tu już zaczyna się wycieczka zagraniczna. W psychopatycznej wizji Kaczyńskiego wrogami narodu stali się m.in. polscy i rosyjscy eksperci, którzy z naukowego punktu widzenia i na podstawie zawodowego doświadczenia nie pozostawili suchej nitki na smoleńskiej teorii zamachu. Wrogiem narodu stał się nie tylko W. Putin, ale również cały naród rosyjski i w ogóle Rosja, jako taka.

I tu w sukurs przyszły Kaczyńskiemu wydarzenia na Ukrainie. A właściwie to wszystko, co się wokół tej nieszczęsnej krainy dzieje. Idealizacja faszyzmu, nazizmu i gloryfikacja pospolitych hitlerowskich bandziorów spotkała się milczącą akceptacją Zachodu. Oprócz kota i swych chorych ambicji, Kaczyński mógł już teraz przytulać kolejne narzędzie do wprowadzania w ruch totalitarnej machiny zagłady państwa – rusofobię. Taką ekstremalną, na wzór kijowskiej junty. Od teraz już nie było ważne, kto i co – jeśli dzieje się cośkolwiek nie tak, to wszystkiemu winna jest Rosja i W. Putin. Nieoczekiwanie pomocną dłoń w dziele samozniszczenia wyciągnęły Kaczyńskiemu inne ugrupowania polityczne, wyrosłe na styropianowej glebie. Przypomnijcie sobie, jak to dokładnie się odbywało. Początkowo Kaczyński umiejętnie rozgrywał sytuację podgrzewając atmosferę, by później uderzyć w swych politycznych konkurentów ich własną bronią, czyli rusofobią. Taką obłąkańczą rusofobią podniesioną do kwadratu.

Dalej wydarzenia potoczyły się jak w kronice filmowej z lat dwudziestych. Desygnowanie na kolejnych premierów, wygodnej kukiełki w postaci B. Szydło i bezwolnego pajacyka M. Morawieckiego. Dalej – zrobienie prezydentem A. Dudy. Tak, zrobienie prezydentem, bo już wtedy doszło do pierwszych udanych prób ustawek wyborczych, powtórzonych następnie w wyborach samorządowych i parlamentarnych. Nie przypomina wam to działalności pewnego facecika, który wyszedł z pruskiego pierdla dzięki lojalce, został naczelnikiem państwa, sterował wszystkim i wszystkimi, przyjaźnił się z politycznymi bandziorami i, nade wszystko, był wzorowym rusofobem.

A na koniec przepychanka z parodią wyborów prezydenckich. Dlaczego tak bardzo i tak usilnie robi się wszystko, żeby te wybory odbyły się za wszelką cenę? Ano dlatego, że cała machina wyborczego szwindlu ustawiona była na maj**. Nie na termin późniejszy lub wcześniejszy – konkretnie na maj. Tu nie chodzi o to, że Duda może nie przejść – Kaczyńskiemu zaczął palić się grunt pod nogami***. I w pewnym sensie epidemia przyszła mu sukurs. W tej chwili cokolwiek by nie zrobili obywatele RP, grać będzie na rękę Kaczyńskiego. Naruszacie reżim samoizolacji, znaczy nie boicie się żadnego wirusa i wybory mogą iść swoim wyznaczonym torem. Nie naruszacie reżimu samoizolacji i siedzicie w domu – wybory trzeba przeprowadzić korespondencyjnie.

Nie – broń Boże, nie chcę tu sugerować, że epidemia była wywołana po to, żeby Duda mógł dalej podskakiwać na sznureczkach prezesa. Chodzi o to, że Kaczyński po raz kolejny umiejętnie wykorzystuje sytuację. Wcześniej była to katastrofa, teraz jest to epidemia, ale wszystko zmierza do tego, żeby zamach stał się faktem. Nie zamach na samolot i lecących nim ludzi. Zamach stanu. Zamach na państwo, jako instytucje sprawujące władzę, zamach na społeczeństwo, które w myśl prezesa należy zniewolić…

Zamach na poszczególne jednostki, które nadal stoją w poprzek Kaczyńskiemu, ten zamach faktyczny, zlikwidowanie fizyczne, to tylko kwestia czasu.

Kamil Stupecki,

Braterstwo Polsko-Rosyjskie

*polityczne miernoty – drobnica wyciągnięta z przybrzeżnej płycizny i rzucona na pełną wodę nie stanie się grubą rybą; ona pozostaje drobnicą.

**wyborczy szwindel – specjaliści od pisania programów komputerowych dobrze wiedzą co mam na myśli.

***palący się grunt – taśmy jednak istnieją… i to w niejednej kopii.

Hits: 94

Podziel się ze znajomymi kontentem tej strony!
  • 85
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  • 2
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    87
    Shares