Koronawirus określił świadomość społeczeństw pod każdą szerokością i długością geograficzną. Do tej sytuacji odnoszą się różnie w różnych krajach i niech każdy podejmuje działania, które uważa za potrzebne.

Jak dla mnie, to trochę za dużo paniki i niepotrzebnego podgrzewania atmosfery wokół tego zagadnienia. Boimy się nie samego koronawirusa, tylko nieznanego, boimy się tego, że nagle staliśmy się bezradni wobec czegoś nieoczekiwanego. I boimy się nie tego, że musimy się adaptować do nowych sytuacji, tylko tego, że nie podołamy się zaadaptować. Innymi słowy, jest to nie tylko sytuacja nowa, ale także na niespotykaną skalę. A już o tym kiedyś napisałem, że boimy się nowego i boimy się zmian, bo zmiany przenoszą nas z pozycji mistrza do pozycji ucznia.

Nie będę tutaj pisał o tym, czym jest koronawirus, bo się na tym nie znam. Nie jestem wirusologiem, biologiem, lekarzem lub inżynierem genetycznym, żeby zabierać się za temat wirusów i ich mutacji. Twierdzę natomiast, że boimy się nieznanego nie dlatego,​ że do tej pory nie znaliśmy koronawirusa, tylko dlatego, że nie znamy lekarstwa na to paskudztwo – czyli boimy się swojej własnej bezradności. To jest wojna bardzo nietypowa, tym trudniejsza, że przypomina walkę z cieniem, bo wroga nie widać, choć czaić się może na każdym kroku. A skoro tak jest, to póki co, najlepszą formą obrony przed tym mikroskopijnym świństwem, jest profilaktyka.

I teraz stanie się jasne, dlaczego chcę się podzielić osobistymi spostrzeżeniami, które bezpośrednio wiążą się z frontem niewidzialnej wojny. Bardzo rzadko piszę o tym, co mi leży na sercu. Tak, bo przede wszystkim zajmuję się tym, co leży na wątrobie. A na sercu leży mi bardzo maleńki skrawek ziemi, a właściwie los ludzi, którzy w tym miejscu żyją. W tym, o czym napiszę będzie także poglądowa lekcja dla tych, którzy hołdują zasadzie, że kto chce być mąrdy, ten uczy się całe życie. Dla wszystkich, którzy mnie dobrze znają jest absolutnie jasne, że w moim sercu miejsce szczególne zajmuje Krym i jego mieszkańcy.

Kiedy zaraza zaczęła rozprzestrzeniać się na kolejne kraje i społeczeństwa, tylko kwestią czasu było dla mnie, kiedy ten paskudny wirus dotrze w Krym. A miejsce to jest wyjątkowo podatne na to, by jakiekolwiek choróbsko rozprzestrzeniało się tam jak huragan. Dość powiedzieć, że w ubiegłym roku Krym odwiedziło blisko 8 milionów turystów, przy liczbie 2,3 miliona mieszkańców. W czasie swoich podróży po Krymie spotykałem turystów z całej Rosji – od Kamczatki po Kaliningrad. Gospodarka na półwyspie (Republika Krym i Miasto Sewastopol) w ponad osiemdziesięciu procentach zależy od turystyki. Nic więc dziwnego, że w Krymie przyjęto takie środki bezpieczeństwa, jakich nie spotyka się w innych regionach Rosji. Na chwilę obecną profilaktyka sięgnęła takiego pułapu, że Krymczanie czują się nieznośnie. Oni przywykli do tłumów, do potoku nieznajomych, do ciągłego kontaktu z ludźmi. Tymczasem nic z tego – kwarantanna, siedzenie w domach i czekanie na moment, kiedy to wszystko się skończy. Tym bardziej, że kary za niestosowanie się do obostrzeń są drakońskie. Krótko mówiąc przyjęte środki bezpieczeństwa oraz ewentualne konsekwencje ich nieprzestrzegania są dalece ostrzejsze niż w pozostałych częściach Rosji.

Dlaczego tak? Powodów jest kilka. Krym przez blisko ćwierćwiecze był strasznie niedoinwestowany, przez co służba zdrowia dopiero od kilku lat staje na nogi. Trzeba zatem dawać sobie radę tym, co się posiada. Lepiej zatem dmuchać na zimne, niż później gasić pożar. Konieczne jest wprowadzenie na przejściach granicznych z Ukrainą, w porcie lotniczym w Simferopolu i na rogatkach Mostu Krymskiego nadzwyczaj restrykcyjnych punktów kontrolnych, które muszą być w pełni wyposażone i gotowe na każdy scenariusz. Pierwszym zarażonym w Krymie był mieszkaniec Jewpatorii, który wrócił z wakacji we Francji poprzez przejście graniczne z Ukrainą i nie powiadomił służb skąd wrócił. A przecież południe Francji było w tym czasie jednym z ognisk zapalnych. Efekt – natychmiastowa hospitalizacja, kwarantanna całej rodziny, leczenie chorego, który po wyzdrowieniu stanie przed sądem za narażenie innych ludzi na możliwość utraty zdrowia lub życia w warunkach epidemii. Ludzie, u których zaobserwowano choćby podejrzenie symptomów zarażenia, są przymusowo poddawani obserwacji i kwarantannie. I tak dalej, i temu podobne. W największym skrócie – Krym jest jednym z głównych centrów turystycznych całej Rosji, a zatem jest idealnym miejscem, w które choróbsko można ze sobą przywieźć, lub z którego to choróbsko można wywieźć. Krym stał się miejscem, niczym oblężona twierdza.

W tej chwili krymczanie, którzy po zimie liczyli na zwyczajowe dochody z turystyki, zmuszeni są do nadzwyczajnego zaciskania pasa i oszczędności. Dzięki moim krymskim przyjaciołom mam stały i pełny wgląd w sytuację. Codziennie zbiera się sztab kryzysowy pod osobistym przewodnictwem Gubernatora Krymu, Siergieja Aksjonowa i codziennie są nowe zadania do wykonania. Sytuacja zmienia się z godziny na godzinę, co wymaga pełnej dyspozycyjności wszystkich odpowiedzialnych osób. Na jednym z takich sztabowych posiedzeń S. Aksjonow publicznie obiecał, po czym podpisał stosowne rozporządzenie, w którym jest to, czego oczekuje się od osoby odpowiedzialnej za prowadzenie walki o zdrowie społeczeństwa. Cytuję – „Nikogo, ani jednego krymczanina, nie zostawimy sam na sam z problemami, wynikłymi z pojawieniem się epidemii.” Równolegle z działaniami profilaktycznymi w zakresie ochrony zdrowia, podejmowane są decyzje o programach osłonowych dla wszystkich firm, przedsiębiorstw i osób prywatnych. Oprócz pomocy na poziomie federalnym, władze Republiki Krym i Miasta Sewastopola zabezpieczyły dodatkowe źródła finansowej, organizacyjnej i prawnej pomocy dla wszystkich, którzy tej pomocy potrzebują.

Nie dalej, jak dwie godziny temu rozmawiałem z przyjaciółką z Ałuszty (mojego ulubionego krymskiego miasta), która opowiadała mi co się aktualnie w Krymie dzieje. Wszyscy są zaniepokojeni, boją się o przyszłość, boją się utraty stabilizacji, która po wielu latach niepewności zaczęła na dobre wracać w ich domy. Boją się, ale nie tracą ducha. Chociaż z cierpliwością nie jest najlepiej, bo wszyscy już mają dość tej sytuacji. Jednak, cóż tu mówić, blokada Leningradu trwała 871 dni i zakończyła się wielkim zwycięstwem mieszkańców północnej stolicy. Poza tym krymczanie dobrze pamiętają, że po rozpadzie ZSRR Krym przez 23 lata był praktycznie odizolowany – od inwestycji, od własnych pieniędzy, od dostępu do dóbr przez siebie wytworzonych, pozostawiony sam sobie. Przyszedł właściwy czas i wszystko minęło jak zły sen. Teraz też minie. I chociaż władze Krymu są w tym trudnym czasie postrzegane jak zły żandarm, który ich poważnie ogranicza, to z czystego rozsądku wiedzą, że to wszystko dla ich dobra. Tym bardziej, że działania tychże władz w pierwszej kolejności nieukierunkowane są na zdrowie i życie obywateli oraz na zagwarantowanie im możliwości przetrwania bez możliwości zarabiania i radzenia sobie samemu. W tej batalii – trudnej i ciężkiej do zrozumienia – Krymczanie też zwyciężą i poradzą sobie z tym kryzysem.

A ja nie tylko, że mam takie nadzieje – ja w to głęboko wierzę. I już planuję kolejny wyjazd do mojej krainy marzeń.

Kamil Stupecki,

Braterstwo Polsko-Rosyjskie

Hits: 50

Podziel się ze znajomymi kontentem tej strony!
  • 18
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    18
    Shares