Gdy w ogólnoświatowych mediach głównego nurtu poruszany jest temat Syrii, to przede wszystkim słyszymy (lub czytamy) takie słowa – reżim, tyrania, wojna domowa, ale także zagrożenie terrorystyczne ze strony radykalnych islamistów, walki etniczne i religijne oraz wiele innych sformułowań. Niektóre z nich można bez wątpienia włożyć między bajki, takie na przykład, jak umiarkowana opozycja. Umiłowana na Zachodzie zbitka słowna „umiarkowana opozycja” tak się ma do sytuacji w Syrii, jak (nie przymierzając) wierzący ateista!

Żeby nie było wątpliwości od razu wrzucę „umiarkowaną opozycję” do kosza, gdyż mianem umiarkowanej opozycji na Zachodzie nazywano ludzi, którzy ponoć walczyli o demokrację i w związku z tym chcieli zmiany władzy. W gruncie rzeczy ci umiarkowani opozycjoniści pakowali do ciężarówki kilkaset kilogramów materiałów wybuchowych, sadzali za kierownicę jakiegoś fanatycznego kretyna i posyłali żywą bombę w z góry określony cel. To nie jest umiarkowana opozycja – to jest terroryzm najczystszej wody.

Często słyszymy, że powodem konfliktu w Syrii jest fakt, że ten kraj nie jest uzależniony od Banku Światowego. Tak – nie jest, ale dlaczego? Albo, że Bashar al-Asad nie poddaje się dyktatowi międzynarodowych korporacji. Tak – nie poddaje się, ale dlaczego? Inni znów twierdzą, że syryjski przywódca odrzuca współpracę z USA, za to aktywnie współpracuje z Rosją.​ Tak, to prawda – ale dlaczego tak jest? Jeszcze inni (zwłaszcza na Zachodzie) twierdzą, że rządy prezydenta Asada, to tyrania mniejszości nad większością. To akurat już jest pełna hipokryzji bzdura – ale dlaczego? Można wyliczać jeszcze wiele podobnych „dlaczego?”, jednak tu nie o wyliczankę chodzi. Odpowiedź na wszystkie powyższe i kolejne „dlaczego?” będzie gdzieś dalej (nie wiem jeszcze gdzie, bo dopiero się rozpędzam).

Cofnijmy się kilkanaście lat wstecz. Nie do Syrii, ale do Iraku. Po tym, jak runęły wieże WTC w Nowym Jorku, administracja waszyngtońska uznała, że do porządku trzeba przywołać… Irak. W ramach operacji antyterrorystycznej, szerzenia demokracji oraz zabezpieczenia interesów USA, ma się rozumieć. Ataków na WTC nie przeprowadzili jednak Irakijczycy, tylko członkowie Al-Kaidy, których w Iraku nie było. Cel uświęca środki i w żeby uprawdopodobnić atak, wymyślono wierutne kłamstwo – oskarżono Irak o posiadanie broni chemicznej. Chodziło tu jednak nie o broń chemiczną, tylko o zamordowanie Saddama Husajna i wprowadzenie – zamiast demokracji – totalnej rozpierduchy w tym kraju. Ale dlaczego?

Dziesięć lat później przyszła kolej na kolejny kraj – Syrię. Żeby sprowokować kolejną rozpierduchę zaczęło się od oskarżeń prezydenta Asada o totalitaryzm i prowadzenie czystek etnicznych oraz religijnych, co usprawiedliwiało powstanie demokratycznej opozycji. Z tym powstaniem owej opozycji było jednak tak, jak powstaniem w Polsce „Solidarności” i polskiej demokratycznej opozycji. Kto to wszystko opłacał, wiemy już chyba wszyscy, bo dłużej nie dało się tego ukrywać. Problem w tym, że Syria pod rządami Bashara al-Asada była jednym z najbardziej tolerancyjnych krajów islamskich na naszej planecie. Zgodnie z zaczerpniętą z Koranu zasadą „la ikraha fi’d-din” (nie ma przymusu w religii), Islam był postrzegany nie jako ograniczanie wolności, a jako wsparcie w życiu codziennym. Powszechnie znane były przykłady dobrosąsiedzkich relacji między muzułmanami i chrześcijanami lub między ludźmi różnych grup etnicznych.

Postanowiono zatem sięgnąć po kolejny oręż – terroryzm. Tylko był mały problem. Osama bin Laden, ten od Al-Kaidy, wymknął się Waszyngtonowi spod kontroli i trzeba było coś z tym fantem począć. Postanowiono go zlikwidować i chociaż tak doskonale wyposażona amerykańska armia mogła to uczynić niemalże błyskawicznie, to postanowiono (dla publiki) pobawić się z nim w kotka i myszkę. G**** prawda, że Osama był przebiegły, a jego współpracownicy genialni, bo wszyscy oni byli tępi jak nieociosany kamień. Chodziło o wytworzenie wrażenia, że US Army nie spocznie, nim nie dopnie swego. Taka trochę pokazowa demonstracja siły i wytrwałości. No ale jednak stało się i od 2 maja 2011 roku Osama bin Laden był przeważnie martwy. Powstała zatem terrorystyczna próżnia, gdyż po ukatrupieniu Osamy, Al-Kaida zeszła ze sceny (dowodzi to czegoś wręcz przewrotnego, ale to dywagacje na osobne pogaduszki). Życie nie znosi jednak próżni i do głosu doszła inna grupa terrorystyczna, choć trafniej byłoby stwierdzić, że komuś było na rękę wyciągnąć ją z głębin na powierzchnię. Ni z gruchy ni z pietruchy, doskonałym sprzętem, uzbrojeniem, finansami, dobrymi samochodami terenowymi, logistyką i zabezpieczeniem bytowym zaczęło dysponować Państwo Islamskie Iraku i Lewantu, znane też jako ISIS (Islamic State of Iraq and Syria). Istniejąca od 1999 roku grupa w bardzo krótkim czasie stała się głównym zarzewiem terroru na Bliskim Wschodzie i już w 2013 roku główną areną jej działania stała się Syria. Przypadek? Oczywiście, że nie – ale dlaczego?

No i zaczęła się kampania przy otwartych kurtynach. W Syrii rozpętała się totalna wojna domowa, w której momentami trudno było się zorientować kto, z kim, dlaczego i o co walczy. Siły rządowe walczyły z rebeliantami, opozycją i terrorystami z Państwa Islamskiego. Opozycja walczyła z siłami rządowymi, Państwem Islamskim i rebeliantami. I tak dalej, i tak w kółko. A przez długi czas w tle tych wydarzeń coraz częściej i gęściej pojawiały się siły USA, które uzurpowały sobie prawo do walki z terrorystami (!!!??? – choć z trudem, to zmilczę i nie skomentuję). Od czasu do czasu, żeby obrzydzić światu wizerunek syryjskiego przywódcy, dokonywano żałosnych inscenizacji ataków chemicznych, które były całkiem profesjonalnie reżyserowane i nagrywane przez aktywistów organizacji Białe Kaski. W całej tej niewesołej sytuacji Bashar al-Asad zwrócił się o pomoc w wojnie z terrorystami i pomoc w uregulowaniu konfliktu do Rosji. Dzięki dwustronnym umowom między Rosją i Syrią, na dzień dzisiejszy jedynymi siłami zagranicznymi w Syrii, które przebywają tam legalnie, są jednostki armii rosyjskiej. To właśnie Rosja postawiła cały Zachód w stan absolutnego otępienia, gdy po kolejnej prowokacji z użyciem sarinu, z inicjatywy Kremla dokonano otwartej inspekcji oraz likwidacji syryjskiego arsenału broni chemicznej. Był to dla Zachodu cios powalający na kolana, gdyż nie tylko wprowadzał przejrzystość w tej kwestii, ale wytrącał wielbicielom śmierdzącej prochem demokracji z ręki kolejny oręż – nie ma chemikaliów, nie ma jak robić z Asada demona.

Osobna sprawa, to umiejętne i celowe podgrzewanie w całym tym konflikcie waśni etnicznych, które przez długie lata nie stanowiły problemu, były czymś dawno zapomnianym. Chodzi głównie o naród krurdyjski, który na nieszczęście jest perfidnie rozgrywany przez rozmiłowanych w demokracji zachodnich polityków. Biednych Krurdów tłuką niemiłosiernie Turcy, Irakijczycy, islamscy terroryści, syryjska opozycja, a w charakterze rezerwowego zapalnika w konflikcie, traktują obrońcy demokracji – raz ich biorą w obronę, raz ich rzucają na pożarcie. Żal mi tych ludzi, traktowanych jak zło konieczne i używanych, jak sprzęt do swoich potrzeb. Zupełnie podobnie rzecz się ma z Turcją, która – jak widać na przykładzie bardzo niedawnych wydarzeń – największy problem ma z tym, co niezwykle trafnie określił Witold Gombrowicz: nieumiejscowienie w niczym. Kwestia o tyle istotna, że Turcja już niejednokrotnie udowadniała, że najlepiej wychodzi jej rola chorągiewki na wietrze. Zaś prezydent Erdogan najwidoczniej nie zrozumiał jeszcze, że taką chorągiewkę łatwo zewsząd obrzucić błotem i tylko kiedy wiatr ucicha, to błoto spada pod nogi tego, kto tę chorągiewkę trzyma. Nie, nie jestem sceptyczny w ocenie postawy pana Erdogana po rozmowach na Kremlu – jestem ostrożny w swoich wnioskach. Pozwólcie, że zostawię te wnioski dla siebie.

A teraz przejdę do powyższych pytań „„dlaczego”. Właściwie, to mógłbym pozostawić tylko jedną wskazówkę, jako odpowiedź na wszystkie „dlaczego?” – to jest mapa, na której widać w jakim pukcie świata znajduje się Syria. I wszystko powinno być klarowne, niczym bajkalska woda. Niemniej jednak trzeba być rzetelnym i wyjaśnić to i owo. Popatrzcie na mapę z południowego-wschodu na północny-zachód. Zatoka Perska, dalej Irak, dalej Syria i dalej już Morze Śródziemne. A teraz, jeśli można, to wskażcie krótszy i lepszy korytarz do transportu ropy naftowej z Zatoki Perskiej na zachód. Owszem, jest możliwość transportowania jej wokół Półwyspu Arabskiego, przez Morze Czerwone i Kanał Sueski. Ale to jest czas i to są koszty. I to nie tylko finansowe. Bo tutaj, to znaczy na akwenach wokół Sokotry i w Zatoce Adeńskiej grasują tak zwani somalijscy piraci. Stało się rzeczą karykaturalnie prześmieszną, gdy spytano pewnych zaoceanicznych polityków, jak to jest z tymi piratami, że wasza marynarka wojenna należy do najpotężniejszych na świecie, a nie potraficie sobie poradzić z małymi jednostkami, na których zazwyczaj jest nie więcej niż kilkunastu patałachów z zacinającymi się pistoletami… W koszty, o których mówiłem wchodzi również reputacja, która po tego typu dociekaniach wali się w gruzy.

Kiedy pod naciskiem machiny wojennej przygotowano i logistycznie zniwelowano teren pod przyszły korytarz transportowy na odcinku irackim, przyszła kolej na etap następny, czyli Syrię. Tylko że prezydent Asad nie miał i nie ma najmniejszego zamiaru stać się zakładnikiem międzynarodowych korporacji, Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego i instytucji finansowych o szemranej opinii. Nie ma też ochoty gościć w swoim kraju demokracji, która obraca wszystko wniwecz, by nie rzec w gruzy i zgliszcza. Nie ma ochoty także na jakiekolwiek konszachty z tymi, którzy jawią sie nosicielami i głosicielami tejże demokracji. Tym bardziej, że do 2011 roku Syria bez tego modelu demokracji miała się całkiem dobrze, ludzie żyli, pracowali, uczyli się, a kraj się rozwijał. Może nie tak dynamicznie i dizajnersko olśniewająco jak Zjednoczone Emiraty Arabskie, jednak było to, bez czego żaden kraj nie może normalnie egzystować – był pokój. A ten jest jedną z najważniejszych gwarancji rozwoju. Dziś Syria pachnie śmiercią i nie ma sensu tłumaczyć dzięki komu. Nie ma też sensu tłumaczyć, dlaczego prezydent Asad jako gwaranta bezpieczeństwa widzi Rosję.

Wybaczcie, że trochę się rozpisałem, chociaż prawdę mówiąc pominąłem bardzo wiele rzeczy. Ale gdybym nie pominął, to moja pisanina urosłaby do rozmiarów niemałej książeczki. Na koniec pozwolę sobie wyjaśnić jedną rzecz: jak się ma to, co napisałem, do przyjaźni polsko-rosyjskiej. Otóż okres największego rozwoju gospodarczego i ekonomicznego Polski, to okres współpracy ze Związkiem Radzieckim. Wypracowaliśmy sobie model naszej drogi rozwojowej, naszej – polskiej, bez dobrodziejstw szemranej demokracji z wilczymi zębami. Kto pamięta, ten potwierdzi, że nie było waśni typu Kaszub, Ślązak, lub ktokolwiek inny. Czuliśmy się bezpieczniejsi na ulicach. W szkołach, szpitalach, zakładach pracy, urzędach nie było ochroniarzy, bo nie było takiej potrzeby. Ale przede wszystkim ludzie czuli się bezpieczniejsi, gdyż nie było obaw natury egzystencjalnej. Co z pracą, co z wypłatą, czy wystarczy do następnej wypłaty, a co jeśli urodzi się dziecko. Dziś niby to wszystko jest, jednak to jest sztuczne, gdyż to nie było i nie jest wypracowane przez naród, tylko wrzucone w społeczeństwo jak ochłap, bo przecież ktoś kiedyś za to wszystko będzie musiał zapłacić. Odebrano narodowi rzeczywistość w imię iluzji, wmawiając, że lepszy gołąb na dachu, niż wróbel w ręku. Póki co, jeszcze w Polsce nie ma wojny. Tej z wrogiem zewnętrznym, ale czy na dzień dzisiejszy nie ma w Polsce wojny wewnętrznej? Tak – zewnętrznego wroga jeszcze nie ma.

Jeszcze nie.

Kamil Stupecki,

Braterstwo Polsko-Rosyjskie

Hits: 29

Podziel się ze znajomymi kontentem tej strony!
  • 98
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  • 2
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
  •  
    100
    Shares